Dziś przez mój mały, kochany, niezasięgowicki żółty domek z brązowym dachem przeszło tornado. Tornado pod postacią czteroletniej rudej dzieweczki i dwuletniego blond przystojniaka [plus opiekunowie, aczkolwiek ci znaczących szkód nie uczynili]. I nawet już nie mam siły pisać o tym, co tu się działo, wręcz radość mnie ogarnia, gdy pomyślę, że obyło się bez ofiar w ludziach. Cóż, jakiekolwiek kiełkowanie instynktu macierzyńskiego zostało dziś skutecznie zahamowane:]
Mogłabym zanucić hepisedową pieśń "dzień, który zaczął się marnie, marnie skończy się...", co robiłam dziś rano, pełna złych przeczuć, gdyby nie fakt, że jest mi teraz błogo i radośnie. A jest mi tak z powodów wielu:
1) małe diablątka już pojechały
2) burdel za wielki się mimo wszystko nie zrobił, więc nie trzeba za wiele sprzątać
3) rodzice diablątek przywieźli pyszny biały wermut
4) zrobiono rodzinne party ogrodowe, rozpalono grilla, nakarmiono mnie i napojono ww wermutem i tyskaczem
5) było mi dane obserwować dzikie i radosne tańce w wykonaniu mojej czasem wkurwiającej, acz ukochanej rodziny [przekrój wiekowy od 2 do 60]
6) za chwilę sobie zapalę
Ament.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz