poniedziałek, 30 grudnia 2013

koniec roku, uff

Koniec roku, czas na podsumowania I refleksje.
Pomimo że wolę liczby nieparzyste od parzystych, to jednak rok 2013 uznaję w większości za nieudany. Totalnie się wszystko posypało, plany nie wypaliły, ambicja ucierpiała a ludzie okazali się wredni. Robię w głowie szybki przegląd ostatniego roku i twarz mi się wykrzywia z niechęci. Staram się nie żałowac podjetych decyzji, ale niemal wszystkie podjęte w mijającym roku były niewlaściwe. Ach cholera, pechowy 2013!
Jednak byłabym totalnie niesprawiedliwa, gdybym nie zauważała tych dobrych rzeczy, które mnie spotkaly w mijającym roku. Bo własciwie to najpierw wszystko się posypało, niemal w kazdej dziedzinie życia, a potem zaczęło się ukladać na nowo. I to zaczęło ukladać się tak dobrze, jak jeszcze nigdy. Pomyslalam sobie, że może na tym właśnie polega porządek wszechrzeczy. Najpirw musi się wszystko posypać, rozpaść i roztrzaskac na kawałki, żeby później mogło się od nowa slładac w lepszą całość.
Nie chcę zapeszać, ale wydaje mi się, że teraz może być tylko lepiej, I jakaś taka się zrobilam ogólnie spokojniejsza... Jasne, jak się jest wyszukująca wciąż problemy panikara, to nie przestanie się nią być z dnia na dzień. Jednak nie pamiętam czy kiedykolwiek byłam tak spkojna jak teraz. A do tego tak bardzo pragnę każdego kolejnego dnia, chcę zrobić tyle rzeczy, ze nie wiem od czego zacząć :)
Gdybym miala tak bardzo bardzo krótko podsumować 2013, to byłoby to: kabum krach trzask... a potem spokój i radosna muzyka ^^

wtorek, 6 sierpnia 2013

pregnant

Jest za ciepło. Mój mózg nie potrafi działać przy letnich temperaturach. Przegrzewa się i dziwne myśli mi tworzy.
Dziś na przykład rozmyślałam o swoim instynkcie macierzyńskim. 
Hormony nie słuchają głosu rozsądku i domagają się rozmnożenia. Na szczęście ja słucham głosu rozsądku i nie ulegam biologicznym popędom.
Rozmyślania o ewentualnym posiadaniu kiedyś tam potomstwa sprowadziły się do takiego toku myślowego:
będę w związku (niemal) idealnym -> będziemy chcieli mieć rodzinę -> postaramy się o dziecko -> zajdę w ciążę -> będę niesamowicie szczęśliwa -> nie będę mogła tego uczcić trunkiem wysokoprocentowym ERGO muszę z tej okazji napić się zawczasu :)

P.S. nie wiem co siedzi w mojej głowie...

środa, 31 lipca 2013

Jakoś tak dziwnie to działa, że Polacy wraz ze swą rycerską fantazją i nieodłącznym trzepotem husarskich skrzydeł są bardzo dobrzy w nieudanych zrywach narodowych. Co powstanie to katastrofa. A jak już się coś udało osiągnąć, to w mgnieniu oka fantazja znika i zaprzepaszczamy szansę. 
Ale nie o tym ma być wpis. 
O 17 mamy godzinę W, Powstanie Warszawskie. Na bok odsuwam historię, przebieg powstania, wszystkie błędy i pomyłki, w końcu kapitulację (na lekcjach historii tak było: przyczyny, przebieg, skutki...). Gdy myślę o Powstaniu, to myślę o ludziach, którzy walczyli. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, co się czuje i co się myśli gdy staje się do tak nierównej walki. Kiedy podejmuje się decyzję, że warto poświecić swoje życie...
Pierwszy raz miałam takie refleksje, gdy jako nastolatka czytałam lekturę szkolną Kamienie na szaniec. Trochę czasu minęło (jakieś 10 lat), a moje refleksje się nie zmieniają. Wydaje mi się i nie mogę pozbyć się tego wrażenia, że dziś prawie nikt nie odpowiedziałby na wezwanie do powstania. Lenie, nieroby, egoiści, uzależnieni od wygód i komputera, myślący o kasie, seksie i imprezach... Czy my w ogóle pamiętamy jeszcze o tym, że moglibyśmy być tylko nieznaczącą mniejszością narodową w Niemczech czy Rosji? Czy my w ogóle myślimy choć czasami o tym, że zajebiście fajnie jest mieszkać w swoim własnym kraju i mówić w swoim własnym języku ojczystym? Tak, ojczystym, możemy go używać i się go uczyć, tego naszego "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj." i nikt nam tego nie zabroni.
Dziś nie czas myśleć o tym, co nam sie w naszym kraju nie podoba. Dziś jest czas, zeby pamiętać.
Bądźmy chociaż troche patriotami.

Muzycznie Lao Che. Słucham i płaczę.




sobota, 29 czerwca 2013

lipiec

Lipiec, lipiec, nadchodzi lipiec! I chyba po raz pierwszy raz w życiu cieszę się z wakacji. Mimo że formalnie czekają mnie dwa miesiące wolnego od uczelni, nie zwalniam tempa ani na chwilę, bo dwa miesiące to jedynie osiem tygodni. Osiem poniedziałków. Niepokojąco mało, a tyle do zrobienia. Ale ale! Teraz co innego mi w głowie.
Siedzę w moim nowym, maluteńkim pokoju, rozpakowuję graty i cieszę się z tej całej sytuacji jak dzieciak. 
Wychodzi na to, że po raz pierwszy w życiu jestem nie jestem od nikogo zależna. Ta moja przeprowadzka do skromnej jedyneczki, to tak naprawdę utwierdzenie w tej cholernie zajebistej niezależności.
Nie wiem jak i skąd to się wzięło, ale czuje się teraz pewniej w swoim życiu, niż kiedykolwiek wcześniej.
Wszystkie dobre i złe decyzje doprowadziły mnie własnie tutaj. A tutaj z totalnej rozsypki zaczyna tworzyć się całość, a z ostatecznego bezsensu sens. Mam plan, mam cel, mam wszystko. Mam dosyć ulegania presji otoczenia. Dosyć podporządkowywania się temu, co chcą rodzice, przyjaciele, facet czy ktokolwiek inny. 
Moje życie, moje decyzje. 
W sumie to z tym moim życiem jest podobnie jak z moim mikro-pokojem. Jest maleńki, mieści się w nim tylko łózko i biurko. Ale mi jest w nim wygodnie, przytulnie i dobrze. Wobec tego jeśli coś ci się nie podoba, nie wchodź do niego, nie zmuszam do niczego. Ale ja zostaję :)
Tylko dlaczego wcześniej nie byłam taka mądra?...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

nigdy więcej, never ever

Poniedziałek, 10 czerwca 2013. Dzień, który warto zapamiętać. Dzień, w którym byłam na moich ostatnich w życiu zajęciach na uczelni. Aż trudno mi w to uwierzyć. Po siedmiu latach studiowania nadszedł ten dzień. Już nigdy, przenigdy.I bardzo się z tego powodu cieszę.
To oczywiście nie jest tak, że pałam jakąś ogromna niechęcią do studiowania, Jest wręcz przeciwnie. No ale ileż można...

Pamiętam jak po maturze składałam papiery na UJ, Jarałam się. Jarałam się tym strasznie i niezdrowo. Nie mogłam się zdecydować, czy bardziej mnie urzekła hungarystyczna kamienica na Piłsudskiego, czy tonący w zieleni etnologiczny dziedziniec na Gołębiej. Chciałam studiować na Ujocie, to było moje wielkie marzenie. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że marzenie nie tylko się spełni, lecz stanie się to podwójnie.

Na początek padło na etnologię. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie był to idealny wybór kierunku, ale... ALE! Najlepsze, najciekawsze, najfajniejsze wspomnienia z mojego życia wiążą się własnie z pierwszymi latami studiów, z etnologią. Rozstałam się z etnologią w październiku zeszłego roku, ale gdy zdarza mi się zawędrować w okolice Instytutu, czuje się, jakbym nadal była etno-studentką. Mogę iść na dziedziniec, usiąść na ławce, zapalić i poczytać książkę. I chociaż pewnie nie spotkam tam już nikogo znajomego (chyba, że będę mieć szczęście i jakiś doktorant się trafi :P), to nadal czuję się tam jak u siebie.
Książki, notatki, ksero... Imprezy integracyjne, Stary Port, Bal Etnologa... Badania terenowe, transkrypcje wywiadów, czasy przed usosem... Hektolitry piwa! Kilka lat temu dużo tańszego, niż teraz;) A do tego wszystkiego, to niedające się opisać uczucie- ja tu jestem, ja tu studiuję, i póki co niczym nie muszę się martwić, wszak jestem studentem, w stanie zawieszenia miedzy dzieciakiem a dorosłym, Tu rządzą inne prawa ;)

A potem, sama nie wiem skąd, jak i dlaczego, pojawił się w mojej głowie pomysł drugiego kierunku. Pomysł nie tylko się pojawił, ale został urzeczywistniony, co nadal mnie dziwi. Pamiętam doskonale, jak razem z koleżanką rozmawiałyśmy (jadąc tramwajem nr. 3 na Krowodrzę) o ludziach studiujących po dwa kierunki. No bo po co im to? Nie wystarczy jeden? Zwariowali? To ludzie, którymi kieruje jakaś chora ambicja.
Dzień dobry. To ja. Dołączyłam do grona osób, których nie rozumiałam i krytykowałam :D
Trochę żałuję, że na hungarystykę nie dostałam się zaraz po maturze. Bo gdy już wylądowałam na tych studiach, to (niestety) nie przeżywałam tak dogłębnie jak na etnologii radości pierwszoroczniaka. Mimo to hungarystyka to kolejne świetne wspomnienia do kolekcji. I to wspinanie się co rano na trzecie piętro... Nie wiem co z tymi schodami jest nie tak, ale nawet wchodząc po nich kilka razy dziennie przez 10 miesięcy, wciąż dostaje się takiej samej zadyszki.

Sentymentalna jestem... Bardzo :)

Po siedmiu latach bycia studentką, w trakcie ostatniej w życiu sesji stwierdzam, że bardziej niż ze zdobytego wykształcenia, cieszę się, że mogłam poznać tak wielu świetnych ludzi i spędzić z nimi tak wiele świetnych chwil.

Nie byłabym sobą, gdybym na koniec posta nie wrzuciła jakiejś muzyki, Wobec tego trochę muzycznych wspomnień z pierwszego roku studiowania.








i oczywiście


piątek, 17 maja 2013

na brzegu zalewu nowohuckiego usiadłam i płakałam, czyli gośka coelho

Moje ostatnie przemyślenia o życiu mają taką mądrość i głębię jak dzieła Paulo Coelho.
Jakby mało było tych myśli "samorodków", pomogłam dziś wzrastać kolejnym czytając stare wpisy w moim pamiętniku. Przeczytałam właściwie wszystko co wylewałam ze swojej głowy na papier przez ostatni rok. Wnioski wyciągnięte z tych wpisów są ogromnie smutne.
Jakoś tak jaśniej niż wcześniej dostrzegłam siebie. Objawiła mi się oczywista oczywistość  Jestem naiwna, łatwowierna,  uczciwa i do tego nie umiem kłamać  Ujmując to krócej- mam w życiu przesrane. Przecież żadna z tych cech nie jest teraz w cenie. Jestem skazana na wieczne obrywanie od innych, wykorzystywanie i zawodzenie się na innych. Nie zmienię się, doskonale o tym wiem. Właściwie te cechy charakteru nawet lubię, tylko dlaczego muszą one nieść ze sobą ciągłe problemy i smutki? Dlaczego ta moja naiwność i łatwowierność działają jak lep na zawodowych kłamców? Przez to cała moja otwartość traci i coraz trudniej uwierzyć mi w jakiekolwiek deklaracje czy obietnice. Tracę wiarę w ludzi, a bez niej ja już nie będę mną.
Najgorsze jednak ze wszystkiego jest to, że przestałam (oby chwilowo, błagam o wszyscy bogowie wszechświata!) wierzyć w to, że ktoś kiedykolwiek mnie pokocha. Nie mówię tu o moich bliskich, o moich przyjaciołach, To chyba oczywiste.
Relacje między kobietami i mężczyznami wydaja się być sprowadzone tylko do cielesności. To dobrze, gdy ludzie są świadomi swoich cielesnych potrzeb, no ale... Ale teraz to wszędzie jest tylko nagie ciało. Cycki, dupa, cycki, penis, dupa, dupa, penis, cycki. Jeśli twój wygląd bardzo daleko odbiega od ideału kreowanego przez media, to nie masz szans na stanie się "dobrą partią". Być może przesadzam, być może tak nie jest (oby!), ale własnie tak to postrzegam. Stad ten mój brak wiary w to, ze ktoś mnie pokocha. Bo jeśli zrobi to przez wzgląd na mój wygląd, to co będzie za 10, 20 czy 50 lat? Może jakiś mężczyzna "pokocha" mnie, lecz gdy urodzę mu dziecko lub zwyczajnie się postarzeję, radośnie odkica w stronę silikonowej osiemnastolatki. Czy zostanie ze mną, gdy zrobią mi się rozstępy, obwiśnie biust a twarz pokryje się zmarszczkami?
Czy nie lepiej od razu zacząć gromadzić swoje stadko kotów, które będą nam dotrzymywać towarzystwa w samotne wieczory, a po śmierci grzecznie wszamają nasze szczątki? Może to lepsza perspektywa niż kolejny zawód i złamane serce?

Cóż, liczę na to, że te posępne myśli wywieje mi z głowy wiosenny wiatr (wystawiam się na przeciągi). A jeśli nie, to może rzeczywiście zostanę drugim Coelho i na pisaniu sentymentalnych, niby natchnionych pierdół o życiu i miłości zacznę zarabiać na życie.



środa, 8 maja 2013

niekumacje/maj

Jeśli ktoś decyduje się na zrzucenie zbędnych kilogramów, to musi nastawić się na ciężką pracę i wyrzeczenia. Nic nie zrobi się samo, więc dieta i ćwiczenia.
Jednak doszłam do wniosku, iż istnieje o wiele skuteczniejszy sposób na zdobycie figury marzeń. Wystarczy mieć złamane serce lub całkowicie w druga stronę- zakochać się. 
W pierwszym przypadku smutek i żal prawdopodobnie będą tak wielkie, że wszelka ochota na jedzenie minie. Po co jeść, skoro nie ma dla kogo żyć? Gdy masz złamane serce wolisz pić niż jeść.
Jedzenie jest jak tortura, którą sami sobie serwujemy, gdzieś tam zachowując resztki rozsądku.
W drugim przypadku nasze ciało będzie tak nafaszerowane hormonami szczęścia, że będziemy żyć powietrzem, a nie kajzerkami. I to jest piękne. To jest wspaniałe, bo oprócz braku potrzeby wpieprzania kebsa za kebsem, jesteśmy cały czas radośni. Świat wydaje się cudowny, problemy jakieś takie mniejsze i wszystko właściwie sprowadza się do spędzenia jeszcze jednej chwili z ukochaną osobą.
Najmniej korzystne dla figury jest bycie w stałym związku  Poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja uczuciowa... Tak, to zdecydowanie nie sprzyja chudnięciu.
Będąc gdzieś między jednym a drugim, bardzo daleko od jakiejkolwiek stabilizacji uczuciowej, czuję się jak wielki, czerwony, podskakujący napis WTF?!? Mogę być za to pewna, że w tym stanie nie grozi mi utycie.

A w Niezasięgowicach pięknie. Jedyne czego się chce, to położyć się na trawie i wąchać bzy.

Ślepa jestem. Oślepiona majem.
Nic nie wiem, prócz, ze pachną bzy.
I ustami tylko poznaję,
żeś to nie ty...



wtorek, 30 kwietnia 2013

potrzeba picia

Podobno ludzki organizm jest na tyle sprytny, że sam sygnalizuje czego mu potrzeba. Jeśli więc czujesz, że zabijesz za kawałek czekolady, mięsa czy czegokolwiek innego, to powinieneś to zjeść. Nie wiem jak to działa i ile w tym prawdy, ale do tej pory podążałam za "głosem ciała" i było wszystko ok.
Ostatnio jednak jestem zaniepokojona tym, co się ze mną dzieje. Mój organizm w zastraszający sposób sygnalizuje mi, ze brak mu alkoholu i nikotyny. Ciągle. Pewnie w jakiś sposób jest to moja autosugestia. Smutno mi, więc chcę się upić, wypłakać i zapomnieć. Ale najgorsze jest to, że gdy już zasiadłam sam na same z butelką wermutu, to z planu nic nie wyszło. No sorry. Normalnie dwa kieliszki i jestem wstawiona. Wypiłam litr. Sama. I nic. Trzeźwo i smutno.
Najwyraźniej moje aktualne smutki i zmartwienia nie dadzą się zatopić byle winem.
Te same smutki i zmartwienia podsuwają mi do głowy dziwne myśli. Doszłam na przykład do wniosku, że muszę mieć wmontowany w waginie jakiś radar czy czujnik, który sprawia, że trafiam na samych popieprzonych facetów. Musi być coś, co sprawia, że garną do mnie niedojrzali, egocentryczni, w większości zajęci faceci. Cholera, co jest ze mną nie tak?
Bo przecież to nie jest tak, że wszyscy faceci są popieprzeni, prawda? Nie może tak być. Gdzieś są ci odpowiedzialni i troskliwi. Ci, dla których miłość to miłość, a nie seks. Nie byłoby rozsądne wierzyć w bajki, w to, że ja będę sobie siedzieć w mojej wieży piłując paznokcie, a któregoś dnia pod okno przybędzie zajebisty prins of czarming. Przyjdzie, spojrzy, zakocha się i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Jednak przecież mężczyźni to nie zwierzęta podążające tylko za głosem żołądka i penisa. Mają też uczucia, prawda?

Może jest tak, ze niektórzy ludzie nie powinni się nigdy z nikim wiązać. Jednak ciężko mi tak myśleć o sobie.

Bez gruntu pod nogami, nadal.


czwartek, 25 kwietnia 2013

przeciąg trzaska złudzedniami

Roczne przerwy w pisaniu bloga chyba weszły mi w krew. To wszystko wina czasu. Czasu, który ucieka z taką prędkością, że ostatni rok minął niemal jak jeden krótki miesiąc.
Oto wiec jestem, pani magister etnolog, lat 26, walcząca z niechcącym wejść do głowy węgierskim i estońskim  Do tego trzeba jeszcze dodać mało ambitną, lecz cholernie męczącą pracę sześć razy w tygodniu i świeży, bolesny powrót do świata singli. 
Od miesiąca mam wrażenie, że nie panuję nad tym co się dzieje w moim życiu. Jem, śpię i chodzę do pracy, lecz wydaje mi się, że poza tym nie żyję. Myślę. O przeszłości i o planach na przyszłość. Wspomnienia, nawet te dobre, sprawiają, ze zanurzam się po uszy w melancholii. I nie pozostaje nic więcej  tylko się upić.  Myślenie o przyszłości jest straszne. No dobra, mam tam jakieś plany, jakieś cele, ale jestem przerażona tym, co muszę zrobić. Niesamowicie boję się, że sobie nie poradzę.
Żyjąc tym co było wcześniej i tym co być może będzie w przyszłości  tak naprawdę nie żyję prawdziwie. Bo przecież jedyne co mamy, jest tu i teraz, prawda?
Najtrudniejszą sprawą, której nie potrafię ułożyć w głowie jest rozstanie z chłopakiem po ponad dwóch latach bycia razem. Myślałam że będzie to o wiele łatwiejsze, bo to ja podjęłam tę decyzję  Ale myliłam się i to bardzo. Mam wrażenie, ze straciłam grunt pod nogami. I co z tego, ze jestem całkowicie przekonana o słuszności mojej decyzji, skoro czuję się paskudnie. 
Trzeba na nowo nauczyć się, jak to jest być samemu. Nauczyć się, bo gdzieś po drodze tak bardzo zaangażowałam się w związek, że zapomniałam kim jestem i czego chcę.
Wróciłam do dawno nieoglądanego serialu, czyli do Seksu w wielkim mieście. Oglądam z zupełnie innym podejściem niż kiedyś. Oglądam i czuję się jak Carrie czy jedna z jej koleżanek. Różnica polega jednak na tym, ze zamiast NY mamy Kraków. A zamiast kupowania ciągle nowych szpilek za 500 dolarów, mamy trampki za 50 złotych. Ale serial jest serialem, wiem co będzie dalej, wiem, że wszystko dobrze się kończy. A tego, niestety, nie mogę powiedzieć o moim życiu.