Chrupka zainspirowała mnie swoim wpisem (http://chrupchrup.blog.pl/2012/05/03/tesknota/) i pomyślałam, że może ja też napiszę coś o muzie z lat 90.
Jednak po paru próbach stworzenia sensownego posta doszłam do wniosku, że muzyka obroni się sama. Może tym postem przypomnę komuś zapomnianą piosenkę. Przedstawiam więc kilka numerów, przy których dziś spędziłam popołudnie. Przy okazji pozdrowienia dla wszystkich, którzy regularnie oglądali programy Clipol i 30 ton :)
Na początek młody Marcin Rozynek i zespół Atmosphere
Piosenka nr.2- mój faworyt jeśli chodzi o młodzieńcze marzenia o miłości ;)
A na koniec niezastąpiona Beata w duecie (uwielbiam to śpiewać, gdy mnie nikt nie słyszy)
Jakiś czas temu, całkowicie niespodziewanie pojawiła się okazja, by pierwszy raz spróbować swych sił w roli tłumacza. Podskoczył mi poziom adrenaliny we krwi, podekscytowana wypaliłam dwie fajki i wzięłam tę robotę.
Wszystko wyglądało pięknie i łatwo, bo przecież trzy tygodnie na przygotowanie to bardzo dużo. No ale. Prokrastynacja nie wybiera.
Nadszedł wiec dzień próby i ze stresu wszystkie trzewia mi się skręcały z nerwów. Odwrotu nie było, była natomiast pustka w głowie. Moje przerażenie potęgowało się za każdym razem gdy uświadamiałam sobie, że pierwszy raz w życiu będę musiała sprawnie się komunikować z Węgrami, którzy w ogóle nie znają polskiego. Co więcej- z innych języków to oni znają raczej niemiecki, nie angielski, więc z tej strony też pomocy nie będzie.
Jak to zwykle bywa, niezależnie od wielkości stresu, trzeba wreszcie stawić czoło zadaniu. I chyba całkiem nieźle mi to wyszło:)
Przede wszystkim jestem niezwykle wdzięczna jednej z węgierskich pań nauczycielek, która od samego początku złapała ze mną świetny kontakt, pomagała mi się wysłowić i w mig rozumiała co próbuje wydukać. Czasem wystarczyło jedno, dwa słowa a ona już wiedziała o co chodzi. Podziwiam ją za to.
W ogóle wszyscy moi "podopieczni" z Węgier prędzej czy później zaczynali ze mną swobodnie rozmawiać. Najgorzej szło z dwoma piętnastoletnimi lanserskimi młodzieńcami, ale nie ma się co dziwić. Dla nich jestem już w podeszłym wieku.
Jedynie przez trzy dni byłam tłumaczem, a czuje się jakby to trwało co najmniej miesiąc. Cała ta przygoda była bardzo wyczerpująca zarówno fizycznie (ciągle jakieś wycieczki), jak i umysłowo. Mój mózg zdecydowanie się przepracowywał, nigdy wcześniej nie musiał tak intensywnie myśleć po węgiersku. W pewnym momencie tak mi się wszystko pomieszało, że nawet do Polaków mówiłam kösz i bocs (zamiast dziękuje i przepraszam). To wszystko jednak, cały ten wysiłek, intensywne myślenie po madziarsku itd. przyniosły świetne efekty. Już nie boje się (na pewno nie tak bardzo jak kiedyś) mówić w tym pięknym języku. Robię błędy? Trudno. Kiedyś może przestanę. Ważne, by to co mówię było zrozumiałe (wolę nie myśleć o tym ile razy myliłam osoby w odmianie czasowników- my, wy, oni... to takie trudne).
Uświadomiłam sobie, że na moich studiach uczę się niewłaściwych rzeczy. Co z tego, że znam wszystkie czasy i tryby, że wiem jak zrobić formę potencjalną, imiesłów, przymiotnik odczasownikowy i inne takie tam pierdoły, skoro nie potrafię się swobodnie komunikować. To jest straszne., Zaczynam mówić i mieszam czasy, zapominam o dzierżawczości, bierniku i rekcjach. Teraz totalnie zazdroszczę wszystkim tym, którzy byli, są lub będą na stypendium na Węgrzech. Jeżeli dla mnie tak istotne były trzy dni, to pomyślcie co może dać pół roku.
Właściwie nie wiem co chcę robić z tym węgierskim w moim życiu. Czy chcę tłumaczyć słowo pisane czy mówione, a może w ogóle traktować to tylko jako ciekawostkę w CV? Nie wiem.
Na korzyść tłumaczenia na pewno przemawia fakt, że znając ten tak egzotyczny dla Polaków język, można poczuć się naprawdę kimś ważnym, cenionym i potrzebnym.
Podczas imprezy, na której tłumaczyłam, byli też Słowacy i Czesi. Z nimi można się jakoś dogadać, wszyscy mamy słowiańskie języki i choć się różnią, spokojnie przy odrobinie chęci da się to ogarnąć. Z Węgrami tak się nie da. Dlatego ludzie patrzą na ciebie jak a cud natury. Pani zna węgierski? Ale to taki trudny język!
Ach! Co za uczucie!
Wszystkim filologom, a szczególnie hungarystom życzę takiego debiutu w tłumaczeniu jak mój. Lepiej być nie mogło:)
Stało się. Dziś rano. O 6:14. Na dwie minuty przed okrutnym obudzeniem mnie przez budzik.
ROZPOCZĘŁA SIĘ WIOSNA!
Już oficjalnie można nosić baletki, cienkie rajstopy i kuse kurteczki. To nic, że rano i wieczorem jeszcze bywa zimno i można porządnie zmarznąć. Jest wiosna, można zrzucać zimowe warstwy ciuchów, więc wszyscy ochoczo to robią.
Lubię wiosnę, bo nastraja optymistycznie. Robi się coraz cieplej i słoneczniej. Ptaszory świergotają o świcie i dzięki temu trochę mniej smutno, gdy człek musi wcześnie wstawać (a jeszcze milej przy tym świergocie wracać z imprezy :P). Roślinki zaczynają zielenieć i można rzeżuszkę sobie wyhodować na parapecie. Ech, sama radość. A do tego kurczaczki i pisanki :)
Najlepsza rzecz w wiośnie to temperatura. Jest ciepło, ale nie gorąco (jak latem). Nie cierpię upałów, prażące słońce zdecydowanie nie jest dla mnie. Co więcej, gdy jest zbyt gorąco, to się człowiekowi źle przytula, bo wtedy jest jeszcze goręcej. Czy wy wiecie jak ja wtedy cierpię? Przecież przytulanie to jedna z najlepszych rzeczy na świecie ;)
Jutro początek kalendarzowej wiosny i dzień, a którym można oficjalnie iść na wagary. Naszła mnie dziś smutna refleksja, że chodząc do szkoły nigdy nie skorzystałam z tej okazji. Winna jest moja szkoła, która w ten dzień zawsze oferowała jakieś ciekawe rozrywki. Niby jak iść na wagary, gdy występuje się w przedstawieniu na Przeglądzie Małych Form Teatralnych? Przecież to mogła być szansa na rozpoczęcie kariery aktorskiej i za zostanie celebrytką (chociaż nie, do tego drugiego wystarczy się nazywać Zielona Budka, czy jakoś tak).
Na koniec krótkie spostrzeżenie po weekendzie spędzonym na kasie w markecie: przybycie wiosny można uznawać za pewne, gdy ludzie w większej ilości niż zwykle kupują piwo, grille, węgiel i kiełbachę.
Na wiosnę życzę wszystkim zakochania się. Koniec.
piątek, 2 marca 2012
Z pracą teraz bywa różnie, więc gdy "mój market", w którym pracuje od paru miesięcy, nie oferował satysfakcjonującej mnie liczby wolnych zmian (ergo nie oferował keszu), przeniosłam się na kasę do innego. I niby to wszystko sieciówka, te same produkty, promocje i kody na bułki. A jednak w każdym jest trochę inaczej. Można powiedzieć, że to kwestia przyzwyczajenia, ale irytuje mnie fakt, że szafki w szatni nie mają zamykania. Teoretycznie więc, ktoś może ukraść moje schodzone, nieco brudne błotem buty, albo bułkę, która czeka, aż będę mieć przerwę i ja wcząchnę. W ogóle wszystko w tym sklepie jakieś takie krzywe.
Ale dziś postanowiłam zaprzestać narzekania. Byłam w na zakupach i obsługiwał mnie niesłyszący chłopak. Tak sobie pomyślałam, że on to dopiero musi mieć ciężko, żeby to ogarnąć. Brak kodów, drobnych i zacinanie się kasy- do poradzenia sobie z tym wszystkim używa się przecież telefonu. Z jedną rzeczą na pewno nie ma problemów- nie słyszy tego męczącego hałasu w tle, z reklamami i radosną muzyką zachęcająca do zakupów, no i nie słyszy jak wzburzeni klienci podnoszą głos.
Z etnologią to mam tak, że długo długo nic, a potem euforia.
Zdecydowanie za mało dane mi było zaznać zajęć o polskiej kulturze ludowej. Nudne, trudne do zrozumienia teksty i kursy o metodologii... bleh! Wciąż mam dreszcze gdy słyszę o poststrukturalizmie czy filozofii kultury.
Tymczasem pod nosem tak radosne, naznaczone romantyzmem cuda etnograficzne:
"Krakowiak jest wzrostu średniego, barczysty, muszkularny, krępy, z piękną, kształtną głową, twarzą owalną o pięknych, łagodnych rysach, oko ma niebieskie, a nos wydatny.Włosy zawsze jasne u dzieci, później ciemnieją, stąd jest tutaj więcej szatynów.
(...)
Krakowiak jest cierpliwy, zdolny i żywy, światlejszy od innych, wyraża się jasno i zrozumiale, lubi muzykę, tańce i śpiew. Śpiewa i przy pracy i przy zabawie i łatwo tworzy okolicznościowe śpiewki.
Kocha swój kraj, jest odważny, a ilekroć wróg zagrażał ojczyźnie, Krakowiak porywał zawsze za broń i bił wroga, znosząc wytrwale wszelkie trudy wojenne.
(...)
Nawet najbogatszy gospodarz w Krakowskiem, który ma własną mąkę, ma pod dostatkiem nabiału, ma drób, wykarmia wieprze, nie brak mu owoców, je codziennie ziemniaki, kaszę, groch kapustę, je to samo, co ubogi wyrobnik, tylko tem różniąc się od niego, że sobie nie żałuje omasty. czasem tylko gospodyni poda mu jako rarytas jajecznicy miseczkę lub kawałek kiełbasy. Nie pochodzi to ze skąpstwa, bo wieśniak zamożny nie żałuje sobie niczego, ale z tego powodu, że baba nie potrafi nic innego, nic lepszego uważyć. A jeżeli nawet gospodyni służyła niegdyś we dworze, na plebanji lub w mieście przy kuchni i nauczyła się lepiej gotować, to na własnem gospodarstwie nie chce jej się (sic!) chodzić koło kuchni, bo dla kogoż, kiedy domownicy przywykli do prostych potraw, nie wymagają niczego więcej, byle tylko było dużo i tłusto."
Połączenie dwóch rzeczy, które się naprawdę lubi to czysta przyjemność. Jeśli się do nich dołoży trzecią, to szczęście nie zna granic. Nie ma się więc co dziwić, że cieszyłam się bardzo bardzo i szczerzyłam zęby do ludzi, bo przecież: jechałam (1) pociągiem (2) zimą (3) nad morze.
Moja miłość do podróży pociągami zapewne trwa tylko dlatego, że z usług PKP korzystam niezwykle rzadko, a jak już jadę, to w jakimś miłym celu. Takie 10 godzin spędzone w pociągu to dla mnie relaks. Mam książki, mam muzykę i mam czas tylko dla siebie. Można pomyśleć o wszystkim i o niczym, na co jakoś rzadko mam czas. Oczywiście taka długa podróż jest też na swój sposób męcząca, ale mimo wszystko lubię to.
Morze pokochałam parę lat temu od pierwszego wejrzenia.
Nie lubię leżeć na plaży, nie lubię się opalać i nie umiem pływać. Ale morze mnie zachwyca, Mogę siedzieć i siedzieć wgapiając się w horyzont i słuchając szumu fal. Łazić bez celu wzdłuż brzegu, zostawiać ślady na piasku, które od razu zmywa woda, szukać muszelek i bursztynów.
Nad morzem można do woli napawać się jodowym, świeżym powietrzem. No i wieje! Czasem mam wrażenie, że silny wiatr porywa mi z głowy zmartwienia i rozjaśnia myśli. Aczkolwiek jedzenia gofrów z bitą śmietaną nad morzem nie polecam, chyba że ktoś lubi sporty ekstremalne- albo wiatr wdmuchuje wam w jedzenie włosy, albo zdmuchuje bitą śmietanę na twarz i ubranie. tru story.
Nie wiedziałam jak to właściwie powinno wyglądać, więc nie miałam w głowie żadnej wcześniejszej wizji zimowej plaży. A jednak zaskoczył mnie ten śnieg i zamarznięta woda z przypływu. Mogłabym codziennie chodzić na spacery brzegiem morza, ale w Krakowie to chyba się nie uda. Szkoda.
Podczas mojej krótkiej wizyty w Gdańsku najbardziej zaskoczyła mnie zamarznięta Motława i panowie rybacy, dla których to nic nowego i spokojnie łowią ryby w przeręblach siedząc na małych (nota bene) rybackich krzesełkach. Nie sadziłam, że przy tak łagodnych zimach coś takiego jest możliwe. Eh, nic nie wiesz Jonie Snow!
Tym razem moja wycieczka na północ nie była jedynie zachwycaniem się cudownością morza i Gdańska, ale nakazano mi spojrzeć na to miejsce nie oczami podjaranego turysty, ale człowieka, który tam mieszka. No i na moim pięknym, idealnym obrazku utworzonym z samych dobrych wspomnień pojawiły się rysy.
Mewy na przykład. Są urocze, zawsze tak sądziłam i lubiłam ten dźwięk, który wydają. Jednak gdy mewy (a nie gołębie) stają si twoim osiedlowym ptactwem, okazuje się, że są strasznie hałaśliwe i irytujące, do tego takie duże i groźnie rzucające si na resztki jedzenia. Odniosłam też wrażenie, że mewy miały problemy żołądkowe i cierpiały na obstrukcję. No chyba, że one tak normalnie mają- to w sumie jeszcze gorzej.
Gdańskie blokowisko jak miliony innych blokowisk, pod tym względem chyba wszystkie miasta są takie same. Tylko że jakoś ci Gdańszczanie nie bardzo dbają o czystość tego osiedla. Niby ładny, nowy, równy chodnik, ładne latarnie, plac zabaw, pomalowane bloki... No ale czemu wszędzie są jakieś śmieci? Czemu ludzie wyrzucają resztki jedzenia przez balkon? Przecież tak niewiele potrzeba, żeby było czsato i ładnie- worki na śmieci i mały spacer do zsypu.
Fenomenem był dla mnie osiedlowy bar mleczny. czynny całą dobę! i do tego nieustająco pełen klientów. Pewnie dodają do jedzenia coś wzmagające apetyt i zachęcające do przyjścia raz jeszcze, jak w makdonaldzie ;P
Będąc w Gdańsku wybrałam się również do kina. Kino jak kino, film- dramat, publiczność- dramat jeszcze większy. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim, totalny brak jakiejkolwiek ogłady. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo od razu się irytuję. Wstyd mi, że ci młodzi ludzie, bądź co bądź ja również zaliczam się do tego pokolenia, tak się zachowywali. I wkurzam się, bo skutecznie przeszkadzali mi w odbiorze dobrego filmu. Jeden przykład: dzwoni telefon- koleś odbiera i gada, potem esemesuje, potem znowu dzwoni, znowu esemesy i znowu gada.... bo niby po co wyłączać telefon w kinie? Zwłaszcza, że film nudny, miało być o wyuzdaniu i seksie za kasę, a tu jest o nieudanym małżeństwie i tragediach ludzi.
[mam nadzieję, że po prostu miałam pecha trafiając na taką publiczność w kinie i że ani w Gdańsku ani w innych miastach i kinach to nie jest standard]
Niestety pojawiłam się w Gdańsku poza sezonem, więc nikt nie dostanie żadnej kiczowatej, bursztynkowo-muszelkowej pamiątki. Wybaczcie!
Mój Mężczyzna już kupę czasu temu ostrzegł mnie, że nie uznaje czegoś takiego jak Walentynki i mogę zapomnieć o pluszaku i serduszkowych czekoladkach. Cóż, pomyślałam, bywa. Przecież nie każdy musi być romantykiem! A jednak trochę mi dziś żal ścisnął tyłek, gdy siedziałam w pracy i 95% mężczyzn kupowało czekoladki, wino, pluszaki, kwiaty i prezerwatywy. Sielanka :)
Złoszczą mnie ludzie, którzy najeżdżają na to święto, bo wydaje mi się, że trochę przeginają.
Rozumiem, że nie lubimy komercji i wkurwiają nas wszechobecne serduszka- ale jakoś na Boże Narodzenie nikt tak nie najeżdża, chociaż choinki i last kristmas towarzyszą nam od 2 listopada.
Rozumiem, że Walenty to koleś od psychicznie chorych i z miłością to on miał w pierwotnym zamyśle niewiele wspólnego.
Rozumiem, że jak się kogoś kocha, to nie potrzeba specjalnego święta, by mu o tym powiedzieć i okazać.
Rozumiem w końcu, że jak się nie ma nikogo, to dodupnie się człek czuje w ten dzień, gdy wszyscy maja serduszka w oczach i migdalą się otwarcie. No rozumiem, bo tak smutno mi było w większość przeżytych przeze mnie Walentynek.
NO ALE!
Mam prośbę do wszystkich, którzy dziś złorzeczą na ten wstrętny dzień ,kiedy to ludzie są zmuszani do okazywania sobie romantycznych uczuć: połóżcie rękę na serduchu i powiedzcie, tak mega szczerze, nie kłamiąc ani trochę, że wasza nienawiść do Walentynek jest wieczna, że nawet jak już będziecie radośnie zakochani, w związku z kimś wyjątkowym, to też będziecie przeklinać ten dziań i nie będziecie mieć ani przez sekundę ochoty,aby kupić jedynemu/jedynej pluszowe, kiczowate serducho czy inny uroczy, nieprzydatny badziew.
Walentynki nie są złe, nawet wujek google to wie :) <3
Zimą (jak sama nazwa wskazuje) jest zimno. Zapewne nikt nie lubi marznąć, lecz ja i tak wolę to niż upał. Poza tym jakoś tak ogólnie lubię zimę. Zawsze lubiłam. Pewnie to dlatego, że urodziłam się w samym jej środku (a moi biedni Rodzice mieli problem, jak Małgonię-bobasa przewieźć przez zasypane śniegiem drogi ze szpitala do domu).
Zimą można robić wiele fajnych rzeczy. Można ulepić bałwana, można iść na sanki, albo na huśtawki, bo place zabaw świecą pustkami i nikt nas nie oskarży, że zajmujemy miejsce dzieciakom. I nic tak nie uspokaja jak widok powoli (majestatycznie wręcz) padającego śniegu. Czasem śnieg jest tak drobny i zmarznięty, że wygląda jak padający z nieba brokat. Czy to nie piękne? Zimą cały świat jest zrobiony z brokatu! Nie ma miejsca na brud i brzydotę.
Obserwuję ostatnio starsze panie, które spotykam na mym pięknym nowohuckim osiedlu. Muszę przyznać, że te wszystkie babcie wyglądają na szczęśliwe i niezmarznięte w swoich długich aż po kostki futrach. Stare czy nowe, sztuczne czy prawdziwe- niezależnie od rodzaju wydają się być świetnym sposobem na doskwierający mróz. A jak się do futra dołączy ogromną włochatą czapę, to już w ogóle jest bosko. Aż chce się zostać taką "futrzastą babcią", której nie straszny ni mróz, ni śnieg, ni zawierucha.
P.S. No dobra, wiem, że nie zawsze zima jest piękna i czasem się przemarznie tak bardzo, że nie ma sił na zachwycanie się śnieżnym krajobrazem. A w miastach zima to często błoto i sól na butach. Ale przecież trzeba zawsze patrzeć na tą dobrą stronę życia, prawda?
Myślę, że nie ma potrzeby wyjaśniać co to jest i o co chodzi.
Cała ta sprawa wynikłą nagle, gdyż nikt nie był łaskaw wcześniej poinformować społeczeństwa o tak znaczącym projekcie. A ja osobiście przeżyłam ogromy szok, gdy po kilku dniach bez internetu zawitałam na fejsa/kwejka/interię/ba! nawet pudla i inne strony, i okazało się, że protestujemy, bo chcą nam zabrać wolność.
Czytam i czytam informacje o tym co się dzieje i ciśnienie mi skacze. Jestem zawiedziona postawą szanownie nam rządzących (a może raczej panujących?). Lecz najbardziej boli mnie i autentycznie zasmuca mój brak wiary w moc sprawczą protestów.
Chociaż sama też staram się coś zrobić, cokolwiek, chociażby przez podpisanie petycji przeciw ACTA, to nie może mnie opuścić wrażenie, że nic nie da się już zmienić.
Przypomina mi się cała afera, która miała miejsce po tzw. katastrofie smoleńskiej, kiedy to zadecydowano o pochowaniu na Wawelu pary prezydenckiej. Wtedy też protestowano, wtedy czując oburzenie starałam się również jakoś wyrazić swój sprzeciw. Wtedy wierzyłam, ze brak zgody społeczeństwa zmieni to, moim zdaniem, absurdalne postanowienie. I co? I nic się nie stało.
Dlatego teraz tak ciężko mi uwierzyć, że coś uda się zdziałać. Dlatego nastawiam się na brak wolności internetu.
Być może zły ze mnie obywatel małej wiary. być może niesłusznie porównuję problemy zupełnie innej wagi. Ale własnie tak to czuję. Beznadzieja.