Semestr letni czas zacząć!
Żeby było oryginalnie, moja zacna uczelnia postanowiła rozpocząć ten radosny czas w piątek, równocześnie pokazując, że nie ruszają jej przesądy i kpi sobie z porzekadła "piątek zły początek".
Myślę, że początek nowego semestru to dobry moment, by z całą mocą obiecać sobie poprawę. Tak tak, nie ma żartów, trzeba się na poważnie wziąć do roboty. Wyciągnąć średnią na 4,0 [przynajmniej;P], zorganizować stoisko na festiwal nauki, zrobić staż, zebrać materiały do magisterki i rozprzestrzeniać "światełko". Im więcej do zrobienia tym lepiej:) I jeszcze się w międzyczasie zaznajomić z madziarskimi erasmusami.
Aaaaa, już się cieszę:)
*by Ada
czwartek, 24 lutego 2011
wtorek, 8 lutego 2011
Nie lubię poezji. Skutecznie obrzydzono mi ja przez lata nauki. Proza bardziej do mnie przemawia.
Jest jednak jedna poetka, którą wielbię. Gdy sięgam po jej wiersze, to czuję, że czuję. Choć czasem czuję może zbyt mocno i zgubnie.
Z wielu powodów i dla smutków wielu
Chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu.
Zapach tych lekkich, siwozłotych szyszek
Sprowadza mocny sen - zjednywa ciszę.
Gdzieś to czytałam albo mi sie śniło:
"Chmiel na bezsenność, a sen - na bezmiłość.
Poduszke z chmielu gdy sobie umościsz,
Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości"...
Jest jednak jedna poetka, którą wielbię. Gdy sięgam po jej wiersze, to czuję, że czuję. Choć czasem czuję może zbyt mocno i zgubnie.
Z wielu powodów i dla smutków wielu
Chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu.
Zapach tych lekkich, siwozłotych szyszek
Sprowadza mocny sen - zjednywa ciszę.
Gdzieś to czytałam albo mi sie śniło:
"Chmiel na bezsenność, a sen - na bezmiłość.
Poduszke z chmielu gdy sobie umościsz,
Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości"...
poniedziałek, 7 lutego 2011
wiosna w lutym
Wiosna! Wiosna w lutym!
Gdyby to było 14-go, to pokusiłabym się o stwierdzenie, że tę wiosnę sprowadziły gorące uczucia wszystkich zakochanych, którzy mają swe święto. Ale to przecież dopiero za tydzień.
Kocham zimę najbardziej ze wszystkich pór roku, lecz zimowanie w mieście może doprowadzić do depresji. Nawet mnie. I dlatego taka radocha dziś przez cały dzień:) Bo słońce, bo ciepły wiatr, bo błękitne niebo:)
I wreszcie mogłam bez obawy o odmrożenia wskoczyć w trampasy!
A do tego tak się szczęśliwie złożyło, że miałam też dziś pierwszy wiosenny spacer. Takie nieplanowane łażenie po mieście i cieszenie się pogodą. Zupełnie bez celu i właściwie w całkiem niespodziewanym towarzystwie.
Pszę Pana, czy Pan wie, jak mnie spacer z Panem ucieszył? :)
Skoro wiosna to i moja sztandarowa wiosenna piosenka. Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje, a wokół tyle muzyki!
Gdyby to było 14-go, to pokusiłabym się o stwierdzenie, że tę wiosnę sprowadziły gorące uczucia wszystkich zakochanych, którzy mają swe święto. Ale to przecież dopiero za tydzień.
Kocham zimę najbardziej ze wszystkich pór roku, lecz zimowanie w mieście może doprowadzić do depresji. Nawet mnie. I dlatego taka radocha dziś przez cały dzień:) Bo słońce, bo ciepły wiatr, bo błękitne niebo:)
I wreszcie mogłam bez obawy o odmrożenia wskoczyć w trampasy!
A do tego tak się szczęśliwie złożyło, że miałam też dziś pierwszy wiosenny spacer. Takie nieplanowane łażenie po mieście i cieszenie się pogodą. Zupełnie bez celu i właściwie w całkiem niespodziewanym towarzystwie.
Pszę Pana, czy Pan wie, jak mnie spacer z Panem ucieszył? :)
Skoro wiosna to i moja sztandarowa wiosenna piosenka. Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje, a wokół tyle muzyki!
środa, 2 lutego 2011
F.T.P.
Dziś rano empetrójka podrzuciła mi piosenkę Comy. Uśmiechnęłam się do niej szeroko i radośnie, bo jakoś tak wyszło, że dawno ich nie słuchałam.
Przez chwilę rozważałam, czy jednak nie chciałabym iść na ich koncert, który będzie w tym tygodniu. W końcu swego czasu nie przegapiałam żadnego z ich krakowskich wystąpień. A moje dwa pierwsze comcerty na zawsze będą dla mnie bardzo ważne, bo zbiegły się w czasie z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. Stały się elementem mojego pokręconego obrzędu przejścia [jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak właśnie jest]. Ale, cholera, nie.
To aż smutne, że dwie ostatnie płyty tego zespołu tak strasznie mnie do nich zniechęciły. Płyty wydane całkiem niedawno, bo pod koniec 2010 roku.
Pierwsza z nich to koncertówka, na której Coma zagrała razem z orkiestrą symfoniczną. Muzyka brzmi naprawdę świetnie, aż chciałoby się posłuchać tego na żywo. Ale niestety wokal im trochę nie wyszedł. Tyle razy słyszałam Roguca na koncercie i zazwyczaj śpiewał lepiej niż na tej płycie. Ale cóż, zdarza się. Ta płyta to w sumie jeszcze nie tragedia.
Natomiast druga płyta to totalna porażka. Moim zdaniem oczywiście. To ona tak mnie odstręcza od ich koncertu, bo nie daj boże coś z niej zagrają. Ta druga płyta to wydawnictwo anglojęzyczne. Większa część tej płyty to stare piosenki zaśpiewane po angielsku, ale zaśpiewane niefajnie. Teksty straciły wszelką głębię i sens, źle brzmią w innym języku, nie pasują do muzyki. Dosłowne tłumaczenie tekstów też nie było najlepszym pomysłem... Dodatkowo bodajże trzy z nich to zupełne nowości [też po angielsku oczywiście]. Trzeba przyznać, że one są całkiem dobre, tekst pasuje do muzyki [a może na odwrót] i ogólnie wpadają szybko w ucho [chyba taki był cel]. Lecz słuchając tych kawałków ciągle zadawałam sobie pytanie: gdzie jest moja Coma? Dlaczego ich piosenki nie są tak jak wcześniej o czymś? Dlaczego jedna z nich to nieustannie powtarzany tekst "fak de polis"?
Huh, zawiodłam się, zawiodłam. Dwie ostatnie płyty wyrzucam z pamięci i czekam na coś nowego. Coś prawdziwie comowego. Coś co sprawi, że znów będę mogła iść na ich koncert tak jak kiedyś. Na muzyczne, moje własne, osobiste katharsis:)
no.
Przez chwilę rozważałam, czy jednak nie chciałabym iść na ich koncert, który będzie w tym tygodniu. W końcu swego czasu nie przegapiałam żadnego z ich krakowskich wystąpień. A moje dwa pierwsze comcerty na zawsze będą dla mnie bardzo ważne, bo zbiegły się w czasie z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. Stały się elementem mojego pokręconego obrzędu przejścia [jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak właśnie jest]. Ale, cholera, nie.
To aż smutne, że dwie ostatnie płyty tego zespołu tak strasznie mnie do nich zniechęciły. Płyty wydane całkiem niedawno, bo pod koniec 2010 roku.
Pierwsza z nich to koncertówka, na której Coma zagrała razem z orkiestrą symfoniczną. Muzyka brzmi naprawdę świetnie, aż chciałoby się posłuchać tego na żywo. Ale niestety wokal im trochę nie wyszedł. Tyle razy słyszałam Roguca na koncercie i zazwyczaj śpiewał lepiej niż na tej płycie. Ale cóż, zdarza się. Ta płyta to w sumie jeszcze nie tragedia.
Natomiast druga płyta to totalna porażka. Moim zdaniem oczywiście. To ona tak mnie odstręcza od ich koncertu, bo nie daj boże coś z niej zagrają. Ta druga płyta to wydawnictwo anglojęzyczne. Większa część tej płyty to stare piosenki zaśpiewane po angielsku, ale zaśpiewane niefajnie. Teksty straciły wszelką głębię i sens, źle brzmią w innym języku, nie pasują do muzyki. Dosłowne tłumaczenie tekstów też nie było najlepszym pomysłem... Dodatkowo bodajże trzy z nich to zupełne nowości [też po angielsku oczywiście]. Trzeba przyznać, że one są całkiem dobre, tekst pasuje do muzyki [a może na odwrót] i ogólnie wpadają szybko w ucho [chyba taki był cel]. Lecz słuchając tych kawałków ciągle zadawałam sobie pytanie: gdzie jest moja Coma? Dlaczego ich piosenki nie są tak jak wcześniej o czymś? Dlaczego jedna z nich to nieustannie powtarzany tekst "fak de polis"?
Huh, zawiodłam się, zawiodłam. Dwie ostatnie płyty wyrzucam z pamięci i czekam na coś nowego. Coś prawdziwie comowego. Coś co sprawi, że znów będę mogła iść na ich koncert tak jak kiedyś. Na muzyczne, moje własne, osobiste katharsis:)
no.
Subskrybuj:
Posty (Atom)