Jakoś
tak dziwnie to działa, że Polacy wraz ze swą rycerską fantazją i nieodłącznym
trzepotem husarskich skrzydeł są bardzo dobrzy w nieudanych zrywach narodowych.
Co powstanie to katastrofa. A jak już się coś udało osiągnąć, to w mgnieniu oka
fantazja znika i zaprzepaszczamy szansę.
Ale nie
o tym ma być wpis.
O 17 mamy godzinę W, Powstanie Warszawskie. Na bok odsuwam historię, przebieg
powstania, wszystkie błędy i pomyłki, w końcu kapitulację (na lekcjach historii
tak było: przyczyny, przebieg, skutki...). Gdy myślę o Powstaniu, to myślę o
ludziach, którzy walczyli. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, co się czuje i co
się myśli gdy staje się do tak nierównej walki. Kiedy podejmuje się decyzję, że
warto poświecić swoje życie...
Pierwszy
raz miałam takie refleksje, gdy jako nastolatka czytałam lekturę szkolną Kamienie
na szaniec. Trochę czasu minęło (jakieś 10 lat), a moje refleksje się nie
zmieniają. Wydaje mi się i nie mogę pozbyć się tego wrażenia, że dziś prawie
nikt nie odpowiedziałby na wezwanie do powstania. Lenie, nieroby, egoiści,
uzależnieni od wygód i komputera, myślący o kasie, seksie i imprezach... Czy my
w ogóle pamiętamy jeszcze o tym, że moglibyśmy być tylko nieznaczącą
mniejszością narodową w Niemczech czy Rosji? Czy my w ogóle myślimy choć
czasami o tym, że zajebiście fajnie jest mieszkać w swoim własnym kraju i mówić
w swoim własnym języku ojczystym? Tak, ojczystym, możemy go używać i się go
uczyć, tego naszego "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj." i nikt nam tego nie zabroni.
Dziś nie czas myśleć o tym, co nam sie w naszym kraju nie podoba. Dziś jest czas, zeby pamiętać.
Bądźmy chociaż troche patriotami.
Muzycznie Lao Che. Słucham i płaczę.