środa, 31 lipca 2013

Jakoś tak dziwnie to działa, że Polacy wraz ze swą rycerską fantazją i nieodłącznym trzepotem husarskich skrzydeł są bardzo dobrzy w nieudanych zrywach narodowych. Co powstanie to katastrofa. A jak już się coś udało osiągnąć, to w mgnieniu oka fantazja znika i zaprzepaszczamy szansę. 
Ale nie o tym ma być wpis. 
O 17 mamy godzinę W, Powstanie Warszawskie. Na bok odsuwam historię, przebieg powstania, wszystkie błędy i pomyłki, w końcu kapitulację (na lekcjach historii tak było: przyczyny, przebieg, skutki...). Gdy myślę o Powstaniu, to myślę o ludziach, którzy walczyli. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, co się czuje i co się myśli gdy staje się do tak nierównej walki. Kiedy podejmuje się decyzję, że warto poświecić swoje życie...
Pierwszy raz miałam takie refleksje, gdy jako nastolatka czytałam lekturę szkolną Kamienie na szaniec. Trochę czasu minęło (jakieś 10 lat), a moje refleksje się nie zmieniają. Wydaje mi się i nie mogę pozbyć się tego wrażenia, że dziś prawie nikt nie odpowiedziałby na wezwanie do powstania. Lenie, nieroby, egoiści, uzależnieni od wygód i komputera, myślący o kasie, seksie i imprezach... Czy my w ogóle pamiętamy jeszcze o tym, że moglibyśmy być tylko nieznaczącą mniejszością narodową w Niemczech czy Rosji? Czy my w ogóle myślimy choć czasami o tym, że zajebiście fajnie jest mieszkać w swoim własnym kraju i mówić w swoim własnym języku ojczystym? Tak, ojczystym, możemy go używać i się go uczyć, tego naszego "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj." i nikt nam tego nie zabroni.
Dziś nie czas myśleć o tym, co nam sie w naszym kraju nie podoba. Dziś jest czas, zeby pamiętać.
Bądźmy chociaż troche patriotami.

Muzycznie Lao Che. Słucham i płaczę.