Czekam na październik. Jeszcze niespełna dwa tygodnie i rozpocznie się dziesięć miesięcy krakowskiego życia. Trzy miesiące w Niezasięgowicach zdecydowanie wystarczą. Może to brzmi niewdzięcznie i niesprawiedliwie, ale popadam tu w zniechęcenie i marazm. Taki spokój, odsunięcie od problemów, zawieszenie wszystkich spraw. Tak to postrzegam, wracam do domu na wakacje, zostawiam wszystko, niech się samo układa. Ale ucieczka do Niezasięgowic nie może trwać zbyt długo, bo osiągnięty spokój zacznie się zmieniać w zbytnie rozpamiętywanie przeszłości, a z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Choć nie mam jeszcze gdzie mieszkać, choć znów zacznie się studenckie oszczędzanie na każdym kroku, czekam z utęsknieniem, nie mogąc się doczekać ujrzenia wszystkich uroczych pysiów moich znajomych:)
Tymczasem nowa muzyka. Dla mnie nowa. 14 października koncert Carrion, Totentanz i Mandfield. Wybieram się na niego ze względu na tę pierwszą kapelę, ale pomyśłałam, że warto zapoznać się z dorobkiem dwóch pozostałych. Na tapetę poszło Totentanz, o którym gdzieś tam już coś słyszałam. Ogólnie fajna muzyczka. Może nie padłam niemal martwa porażona zajebistością brzmienia [co się zdarzało], o zakochaniu nagłym i gwałtownym w tej muzyce tez nie może być mowy. Ale jest dobrze, na pewno będę często tego słuchać i z przyjemnością zobaczę ich występ na żywo. Muzyka Totentanz przypomina mi momentami [fragmentami?] to, co grywał za moich czasów gimnazjalno-licealnych jeden z regionalnych zespołów rockowych. Ale, żeby nie było wątpliwości, Totentanz jest o wieeele lepszy. To podobieństwo jedynie przyspieszyło przekonanie się do nowej muzyki i przeniosło moje myśli do czasów, gdy nieudolnie usiłowałam zostać siedemnastoletnią groupie [na szczęście się nie udało]. Ach, co to były za piękne chwile!!! :D
A może ktoś się wybierze ze mną na ten koncert, hm?
Pierwsza część moich tegorocznych wakacji należała do wampirów, był wampirzy prawiczek Edek Culano, głupia wróżka Suki i ociekający seksem Dejmon.
Natomiast część drugą można określić jako poświęconą Jane Austen. Przeczytałam jedną po drugiej cztery jej książki, niezmiennie się nimi zachwycając i szczerząc zęby podczas czytania niektórych fragmentów. Była niesamowitą pisarką. Wszystko jest warte uznania, fabuła, język, wykreowane postaci. Jej powieści to o wiele więcej niż tylko kończąca się hepi endem historia miłosna. To obraz życia na Wyspach na początku XIX wieku i błyskotliwy komentarz wszystkich ówczesnych absurdów. Gdy zaczynam czytać którąś z nich, robię to łapczywie. Chociaż znam te historie bardzo dobrze, nadal z niecierpliwością oczekuję kolejnej strony, kolejnego rozdziału. A gdy zostaje już tylko kilka ostatnich stronic, zwalniam, czytam kilka razy te same akapity, żeby tylko jeszcze nie odkładać przeczytanej książki na bok. Zaraz też mam ochotę, by przeczytać ja po raz kolejny. Dotyczy to także "Emmy", chociaż tytułowa bohaterka niesamowicie mnie irytuje. To także jest dla mnie miarą wielkości Austen. Cała powieść jest tak interesująca, że chęć jej przeczytania jest silniejsza niż antypatia do Emmy. Zresztą sama jej postać jest świetnie opisana [ale i tak jej nie lubię, głupie dziewczę, o!]. W ogóle postaci we wszystkich powieściach Jane są warte uwagi, oryginalne i barwne. Zachwyciłam się "Perswazjami", których do tej pory [nie wiem jakim cudem] nie znałam. Trafiła mi do serducha opowiedziana historia, trochę inna niż wszystkie pozostałe. Przynajmniej tak to samej sobie tłumaczę, jeśli stoi za tym coś jeszcze, to może lepiej o tym nie myśleć i nie pisać;) Jednak moją największą miłością spośród książek Austen na zawsze pozostanie "Duma i uprzedzenie". Może to dlatego, że była pierwszą, którą przeczytałam. A może to wszystko "wina" pana Darsiego;) Jaki pan Darsi [Darcy] jest, każdy wie. Bez wstydu i zażenowania, z ręką na sercu przyznaję się, że należę do tego ogromu kobiet, które się w nim kochają. Tak, tak... Całe rzesze wielbicielek Darsiego since 1813:)
Jest taki ciąg skojarzeń, gdy myślę o panu Fitzwilliamie Darsim:
pan Darsi -> "Duma i uprzedzenie" -> serialowa adaptacja BBC z 1995 roku [genialna, chyba najwierniejsza książce] -> Colin Firth -> pan Darsi w ekranizacji "Dziennika Bridget Jones" -> książka "Dziennik Bridget Jones"
Bo jakby ktoś nie wiedział, to w "Dzienniku..." jest masa odwołań do "Dumy i uprzedzenia", od nazwiska głównego bohatera poczynając. I z jednej strony to bardzo fajnie, że kręcąc film o Bridżet, do roli Darsiego zaangażowano Colina Firtha. Ale przez to w filmie zabrakło jednego z lepszych fragmentów książki, gdy Bridzet przeprowadza wywiad właśnie z Colinem, rozmawiając z nim jedynie o roli w "Dumie..." i o scenie w jeziorze. Bridżet, jako i ja, wciąż od nowa ogląda serial BBC, czeka niecierpliwie aż Darsi prześpi się z Lizzi i uwielbia scenę w jeziorze.
Więc na koniec ta właśnie scena. Myślę, że jedna z dwóch najbardziej lubianych w całym serialu [druga to oczywiście oświadczyny], enjoy: