czwartek, 28 października 2010

Bardzo, bardzo lubię, gdy pogoda jest taka jak dziś. Wczoraj też było pięknie, taka prawdziwa "polska złota jesień", jak z obrazka. Było słonecznie, niebo błękitne, ale jasnobłękitne, jakby wyblakłe, zupełnie inne niż w lecie. Drzewa z zielonych zmieniły się w żółto-czerwone i jeśli się znajdzie miejsce, gdzie nie docierają panowie z dmuchawami [na Planty niestety docierają], to można poszurać nogami w liściastym dywanie i nawdychać się jesiennego zapachu. Tak jak ja zrobiłam wczoraj właśnie, gubiąc się gdzieś w Bronowicach.
Ale dziś jest tysiąc razy piękniej. Bo do słońca, błękitu nieba i tego jesiennego "czegoś", co czyni świat pięknym, dołączył przymrozek. Wiem, że większość osób nie lubi jak jest zimno. I pewnie dziś rano wszyscy złorzeczyli na to, ze jest nieprzyjemnie.
Dla mnie jest naprawdę cudnie. Przymrozek przyostrza powietrze, delikatnie zaczyna szczypać policzki i przy każdym oddechu z ust wydobywa się para. Ach, uwielbiam!
A najpiękniejsze jest to, co przymrozek robi z trawą i innymi roślinami. Wszędzie robi się biało. Jakby ktoś polukrował cały trawnik:) Tak, pewnie jakby spróbować smaku, to byłby to bardzo zmrożony lukier:) Jak byłam młodsza, to myślałam, że przymrozek, to coś na kształt śniegu. Zbliża się zima, przychodzi przymrozek, jak przedsmak śniegu i osiada na trawie, na krzaczorach, na samochodach. Wszędzie, wszędzie! I nadal chcę tak myśleć, tak jest bardziej magicznie. Rosa, która zamarzła, bo temperatura spadła poniżej zera? Pfff, banalne.
Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na śnieg:) I jak o tym myślę, to kaszel i ból gardła przestają tak dokuczać. Muszę wyzdrowieć, bo już niebawem nadejdzie czas lepienia bałwanów i jeżdżenia na sankach. Trzeba być w formie!


[jesienny obrazek pasujący do mojej nowej torebki;)]

wtorek, 26 października 2010

z pamiętnika starszej druhny, część pierwsza

Mam czego chciałam! Dostałam nagle, zupełnie niespodziewanie coś, co dodało zapału i zachęciło do działania. Poproszono mnie o pełnienie funkcji starszej druhny i cóż... Zgodziłam się.
Hah, pierwsze co pomyślałam to: "o kurwa! NIE!", ale potem doszłam do wniosku, że to może być świetna zabawa.
I tak jestem zdziwiona, że mnie taki zaszczyt kopnął. Wydawało mi się, że wszystkie moje koleżanki/kuzynki znają mnie na tyle dobrze, że mnie o takie coś nie poproszą. Ja? Druhną? JA??? Jakżeż się myliłam!
Ślub [i weselicho oczywiście] w styczniu, więc czasu niewiele. Póki co czeka mnie impreza zapoznawcza z drużbą [sic!]. Moja pierwsza gorąca prośba do bogów tycząca się drużby już została spełniona- człowiek ów [z tego co wiem od panny młodej] nie jest wzrostu nikczemnego. Dobra, może się czepiam, ale chujowo by było, gdyby był o głowę ode mnie niższy. Teraz prośba druga. Proszę proszę proszę, niech on potrafi tańczyć!
Naprawdę mam radochę na myśl o tym ślubie. Jedyne co mnie martwi to fakt, że to przed samą sesją. No i kiecka... To tez będzie problem. Jak znaleźć coś ładnego, taniego i dobrze na mnie leżącego? To chyba niemożliwe.
Zawsze zostaje zrobienie lansu "na bogato". Dużo solarium, dużo tipsów, dużo pasemek, brokatu, cekinów i tafty [w kolorze pistacjowym!]. Plus buty w szpic. W takim stylu kiecek jest od groma:D
Hmm... A może by tak gothic-druhna? Czarna powłóczysta koronkowa suknia, czarne proste włosy do pasa, glany i czarna szminka?
Albo emo-druhna, w paski, z grzywką po pępek, oczami wymalowanymi na pandę i żyletkową biżuterią?
Jeszcze to przemyślę. A teraz udam się do łazienki, aby trenować przed lustrem miny, które będę robić na ślubnej sesji zdjęciowej [uśmiech czy dzióbek?].

I piosenka. Ze ślubem w tle [początkowo myślałam o "november rain" ale to jest lepsze].


The Darkness - Is It Just Me
Załadowane przez: Virginie82. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.

wtorek, 19 października 2010

Nie jest ani dobrze ani źle. Jest gdzieś pomiędzy.
Leżę, siedzę, stoję, idę.
W tym momencie wydaje mi się, że jęczenie nad nieszczęśliwą miłością i pełne rozpaczy wzdychanie do nieosiągalnego ukochanego są lepsze niż to. Przynajmniej coś się wtedy dzieje. Emocje! Emocje!
A teraz czuję się jak na wpół napompowany materac. I przejmuję się i nie przejmuję. I w rzyci mam i nie mam.
Z jednej strony niezwykle się cieszę, że w tym roku wyjątkowo, wbrew mej własnej, cholera wie skąd wziętej tradycji nie poznałam żadnego mężczyzny [czy też chłopca], który stałby sie obiektem moich uczuć. Bo to się zawsze kończyło tak samo. Pierwszy semestr pod znakiem radości, nadziei i złudzeń, szczęśliwy brak skupienia w trakcie sesji. A potem wiosna i olśnienie [gdzieś w międzyczasie zrobienie z siebie totalnej idiotki], wkurw i smutny brak skupienia podczas kolejnej sesji.
A z drugiej strony wcale mi nie jest fajnie. Obojętność i zniechęcenie względem płci przeciwnej tak duże, że aż czasem czuję jak do niektórych moich myśli czy spostrzeżeń krzywię twarz w niesmaku.
Dziwnie.
Pusto.

Wychodzi na to, ze tak źle i tak niedobrze.
Czegoś mi trzeba. Czegoś co mnie nakręci i doda zapału.

I piosenka. Nagle pojawiła się w głowie. No to jest.

poniedziałek, 18 października 2010

KOL

Zaprawdę powiadam wam: jesień to dobry czas dla muzyki!
Do miasta napływają studenci całymi stadami i zamiast wielkich muzycznych festiwali, gdzieś w krzakach pod gołym niebem, pojawiają się mniejsze koncerty. Które zdecydowanie wolę. I czasem aż żal, ze tyle tego a kasy i czasu na wszystko brak. Zwłaszcza kasy. Aktualnie boleję nad Apocalypticą, heh...
A oprócz tego nagle się okazuje, że nie wiadomo czego słuchać, bo ciągle wydawane są nowe płyty.
I oto przed nami nowe dzieło Kings Of Leon. "Come around sundown". Wprawdzie dopiero jutro pojawi się w sklepach, ale pierwszy singiel już wydany. A w radiu można było posłuchać paru kawałków, w ramach przedpremierowego zapoznawania się z płytą. Póki co podoba mi się. Wystarczy posłuchać przez chwilę i już wiadomo, że to KOL, chociaż mam wrażenie, że ta płyta to coś zupełnie innego niż poprzednia. Jest taka... taka... do słuchania w stanie spokojnej radości i poczucia harmonii. Najlepiej z kubkiem jaśminowej herbaty/kieliszkiem półsłodkiego wina w ręce [jak kto woli, niepotrzebne skreślić]. Podczas gdy słuchając tamtej raczej miało się ochotę skakać [czasem skakać z mostu, patrz: "cold desert", ale jednak skakać].
Ocenię i ustosunkuje się dopiero jak posłucham całości. Tak z pięć razy;)
A teraz tenże pierwszy singiel. I teledysk. Nakręcony w stodole. Więc jakby ktoś chciał sobie podobny nakręcić, to służę stodołami;)
Jeju jeju, jakżeż ja lobię to ich hamełykańskie brzmienie.

piątek, 15 października 2010

Chciałabym spotkać człowieka, który będzie słuchał dokładnie takiej muzyki jak ja. Wtedy nie groziłoby mi, że znów pójdę sama na koncert. Bo jest trochę dodupnie, gdy się sterczy samotnie w oczekiwaniu na muzykę.
Wczoraj tak właśnie sterczałam, co zaowocowało zwiększoną ilością wypalonych fajek.
W ogóle to był mój pierwszy koncert w Rotundzie (zazwyczaj interesujące mnie zespoły występowały gdzie indziej). Jakoś maławo tam miejsca. A podłoga uginająca się podczas skakania... tak, wizja że wszyscy uczestnicy koncertu spadną wśród gruzu piętro niżej była aż nadto realna.
Poszłam tam ze względu na Carrion i zaprawdę słusznie uczyniłam.
Wielkie uznanie dla wokalisty, za czyste śpiewanie i brak zadyszki, mimo skakania i machania głową:) Mocny, ciekawy głos + świetne brzmienie. Chętnie pójdę na ich koncert raz jeszcze, ale pod warunkiem, że nie będą grali z Irą [która się skomerciła].
Oprócz Carrion był też Totentanz. Fajna mają muzyczkę, chociaż bardzo kojarzy mi się z "takim se" podwórkowym graniem. Strasznie niepozornie wyglądali, jak rozkładali sprzęt. Później się okazało, że potrafią fajnie zagrać, mocniej niż w wersji studyjnej. A do wokalisty zapałałam miłością, bo ma taki sam jak ja odruch odrzucania z twarzy urojonych kosmyków:)
Na koniec zostawiłam sobie support. Mindfield. Nie słuchałam ich wcześniej i to był błąd. Strasznie strasznie strasznie mi się spodobali. To moja nowa muzyczna miłość. Płyty jeszcze nie wydali [niestety, tylko EP], więc pozostaje słuchanie majspejsa. Ale na majspejsie ta muzyka nie brzmi tak, jak wczoraj. Jest cichsza [jeśli tak to można określić]. No po prostu jak były czysto instrumentalne fragmenty, to Rotunda trzęsła się w posadach [omc]. A ja cieszyłam się jak dziecko.
W sumie to zabawnie muszę wyglądać na koncertach. Ludzie skaczą, machają głowami, pogują a ja stałam i przy każdym mocniejszym fragmencie szczerzyłam zęby w uśmiechu, prawie śmiejąc się na głos. Czysta muzyczna przyjemność. hahah, teraz mam zakwasy na twarzy od ciągłego szczerzenia :D
Ale wracając do MIndfield. POLECAM! I trzymam za chłopaków kciuki, żeby udało im się wydać płytę i takie tam. Bo z całego wczorajszego koncertu oni podobali mi się najbardziej. Żałuję, że nie poznałam ich wcześniej. Grali kiedyś przed comą, ale zupełnie ich z tamtego koncertu nie pamiętam. Kiedyś byli też w lizardkingu, wiec może znów przyjadą...
http://www.myspace.com/mindfieldjaslo

piątek, 8 października 2010

pośladek*

Dzień zaczął się jak zwykle.
Natarczywie dzwoniący budzik zmusił mnie, bym opuściła słodką krainę snów o wazelinie i abym zmierzyła się z szarą, zimną rzeczywistością mglistego poranka.
Zwalczając senność i zniechęcenie, rozklekotanym tramwajem linii 4 udałam się na zajęcia.
Tam także było jak zwykle. Nuda emanowała z każdej komórki mojego ciała.
Udawszy się na znośną kawę w towarzystwie jakichś podejrzanych typów, byłam pewna, że tego dnia już nic mnie nie zaskoczy i nie uszczęśliwi.
O! Jakże się myliłam!
W ciemnej, zadymionej knajpie "Pod Glonojadem" stała się rzecz, która na zawsze odmieniła moje życie.
Bogu ducha winna siedziałam na drewnianej ławie paląc papierosa, gdy wtem... KTOŚ ZŁAPAŁ MNIE ZA LEWY POŚLADEK!!!
Dreszcze przeszły mnie całą.
Od stóp do głów, od głów do stóp.
Ach, cóż to było za niezwykłe doznanie!
Lecz czemuż ach czemuż tak krótko to trwało? Dlaczego dłoń ta boska tak szybko zaniechała trzymania mnie za pośladek lewy?
Ciągle jeszcze zalewa mnie fala gorąca, gdy o tym myślę a na skórze czuję ten jednocześnie delikatny i zdecydowany uścisk.
Oto jestem. Ja. Nieszczęśliwa. Stęskniona za dłonią, która znów złapie mnie za pośladek i przeniesie do krainy rozkoszy.


* tekst z dedykacją dla Chrupki

czwartek, 7 października 2010

wtorek, 5 października 2010

akademik - uwagi wstępne

# jak tu miło, jak tu uroczo!
# jak tu dziwnie, cały budynek pijaków!
# panowie portierzy są bardzo sympatyczni, pani portierka nie [za to chamskie wścibstwo na dzień dobry już chyba nigdy jej nie polubię]
# ma współlokatorka jest dziewczęciem bardzo miłym i rozumnym
# bliskość rozlicznych tanich sklepów napawa radością [chińska biedronkowa zupka rlz!]
# dziwny hałas z rana to jednak nie bombardowanie i burzenie, a zwykła wywózka śmieci
# sąsiedzi jeszcze żadnej imprezy nie uczynili
# sąsiadów mych jeszcze nie znam
# oczekuję na lodówkę, jednak od wczoraj jestem całkowicie szczęśliwa, bo wreszcie znalazłam gniazdo internetowe [hahahahah, co za radość]
# niektórzy studenci płci męskiej jeżdżący ze mną windą powinni używać mniej tanich perfum
# ściany sa kurwutnie cienkie, w razie nudów można podsłuchiwać
# w ramach wtapiania się w tłum, muszę kupić jakiś lanserski dresik, abibasy i torbę sportową
# niebawem zakupię "lucka" i urządzę na tym długaśnym korytarzu zawody w ślizgu

piątek, 1 października 2010

the shining

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie lubią się bać. Wszystkie książki i filmy które zaliczyć można do horrorów, thrillerów czy innych pochodnych, były dla mnie z założenia bez sensu, bo po co się bać, skoro można się nie bać? Czy własna wyobraźnia nie jest wystarczająco nakręcająca, np. gdy zostaje się samotnie w domu i wszystkie sprzęty zdają się wydawać dziwne dźwięki a w ciemnym oknie błyszczą czyjeś oczy? Świadomie ignorowałam tego typu twórczość. Ale...

TELEDYSK

Gdy byłam na pierwszym roku studiów usłyszałam w radiu piosenkę. Wraz z ta piosenką rozpoczęła się dla mnie era Dżareda i spółki [trwająca nadal].
Skoro piosenka to i teledysk. Zrealizowany w dwóch wersjach [jedna jest dłuższa, ze względu na większą ilość scen, w których rozgrywa się fabuła, bez piosenki w tle], wyreżyserowany przez Dżareda, inspirowany filmem "Lśnienie".




Teledysk niezwykle mi się spodobał, obejrzałam więc film, z którego chłopcy zaczerpnęli główne motywy.

FILM

To chyba jeden z tych filmów, które trzeba zobaczyć, niezależnie od tego, czy lubi się tego typu produkcje czy nie. Jack Nicholson jest po prostu genialny.
Oglądałam go dosyć dawno temu, więc ostatnio zrobiłam to jeszcze raz, aby na świeżo porównać filmowe i książkowe wrażenia.
Przy okazji, bardzo dobry trailer. Prosto i na temat.




KSIĄŻKA

Pewnie nie przeczytam jej drugi raz, co zazwyczaj robię, gdy jestem pod wielkim wrażeniem książki. To nie mój typ, nie mój gatunek, choć mogę o niej mówić w samych superlatywach. Cholernie wciąga, jak bagnisko, z takim głośnym "slurp" na końcu. Tak, teraz jestem w stanie zrozumieć, że strach, niepokój mogą się komuś podobać.
Gdy zaczynałam czytać, szukałam w pamięci scen z filmu adekwatnych do lektury. ale niewiele tego było. Dopiero gdy po raz kolejny oglądałam "Lśnienie", uświadomiłam sobie dlaczego. Film to tylko wariacja na temat, nie ekranizacja.
Jeśli ktoś lubi film, powinien przeczytać i książkę.

Porównując film i książkę, mimo wszystko skłaniam się ku temu drugiemu, Jednak. Szczerze sama przed sobą przyznaję, że chyba zawsze już będę wolała słowo pisane od obrazu. W filmie brakowało mi ożywających żywopłotowych zwierząt i młotka do roque'a. W książce nie brakowało mi niczego.