niedziela, 26 grudnia 2010

Kolega Bartek, mówiąc o swym zerwaniu z dziewczyną, rzekł mi: "teraz literatura jest moją kochanką". Odparłam: "głupiś".
Dziś jednak skłonna jestem przyjąć jego postawę. Lecz literatura to dla mnie za mało. Nie mam zamiaru ograniczać się w monogamicznym związku.
Niech więc będzie!!! Literatura i muzyka [czy może muzyka i literatura, doprawdy nie wiem, która powinna być na pierwszym miejscu] jako moje miłości jedyne i źródła rozkoszy wszelkich!

do słuchania: MUSE i Placebo [to z racji koncertowych świąt w esce, które na nowo rozbudziły we mnie uczucia do tych zespołów]

do czytania: "nie kończąca się historia" [opowieść, którą znam tylko z ekranizacji, a chciałam bardzo przeczytać; póki co jestem na etapie delektowania się obecnością tej książki w moim otoczeniu, jej fakturą, bo cudnie wydana i zapachem, który jest taki sam jak zapach drewnianego pudełka z szachami, które miałam dziecięciem będąc]

piątek, 24 grudnia 2010

its kristmas tajm

Przez ostatnie kilka dni usiłowałam się określić, czy ja rzeczywiście lubię święta, czy tylko tak sobie wmawiam. Myślałam nad tym i myślałam, i cóż... Z rozważań dogłębnych wyszło mi, że mimo wszystko te kilka ostatnich dni grudnia to mimo wszystko jeden z najlepszych, najbardziej ulubionych i najcieplejszych okresów w roku.
"Mimo wszystko"- to właściwe określenie, bo przecież święta, to tak naprawdę masa pracy i wkurzania się. Choćby biorąc pod uwagę tylko ten rok... Jestem szczęściarą, bo ominęło mnie gruntowne sprzątanie całego domu. Pozostało gotowanie, pieczenie i świąteczne przystrajanie naszego małego niezasięgowickiego lokum. A i tak kilka razy miałam ochotę rzucić wszystko w cholerę i zarzekać się, że w przyszłym roku nie będę brała w tym wszystkim udziału. Na przykład wtedy, gdy okazało się, że zepsułam lampki na choinkę. I zdecydowanie wtedy, gdy okazało się, że ciasto do makowca i sernika nie wyszło, nadaje się tylko do wyrzucenia i trzeba robić wszystko od nowa. Mogę się też założyć, że nim te święta się skończą, to jeszcze parę razy będę sobie pod nosem kurwować.

Jednak nagle, mimo wszystkich przeciwności losu, mimo wkurwa, mimo małej wojny domowej, zdaje sobie sprawę, że jestem niesamowicie szczęśliwa i że dobrze mi tu i teraz z tym wszystkim.
Jak nic święty Mikołaj rozpyla ze swych sań jakiś uszczęśliwiająco-znieczulający środek odurzający.
Lampki na choince jednak świecą [dzięki mojemu cudownemu Tacie], wypieki wyszły jak trzeba, siedzimy [względnie leżymy] i leniuchujemy na całego.

W tym momencie nie jest dla mnie ważne co właściwie świętujemy. Czy to narodziny jakiegoś Czizasa czy zimowe przesilenie. Whatever. Ważne, że jest taki czas w roku, że chcemy być razem z najbliższymi, że składamy/wysyłamy życzenia, nie tylko dlatego, że tak trzeba. Nie wiem jak wy, ale ja, choć nie znoszę składania życzeń przy łamaniu się opłatkiem, mam chęć życzyć dziś całemu światu wszystkiego najlepszego.
W szczególności zaś moim bliższym i dalszym znajomym:) Ot, żeby każdy potrafił być szczęśliwy, żeby każdy miał miejsce, w które zawsze może wrócić, kochającą rodzinę i przyjaciół, na których zawsze można liczyć. I żeby każdy miał tyle silnej woli i chęci, by spełniać swoje marzenia. Ach! I oczywiście MIŁOŚCI MIŁOŚCI MIŁOŚCI!!! :)

A za każdym razem, gdy dostaję esemesowe życzenia to uśmiecham się od ucha do ucha:)))

gośka kocha święta:)


Bill Nighy - Christmas Is All Around
Załadowane przez: Bill-Nighy. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.

wtorek, 21 grudnia 2010

z pamiętnika starszej druhny, część druga

Weselicho, na którym będę pełnić zaszczytną funkcję starszej [i jedynej] druhny zbliża się niepokojąco szybko. Jeszcze niespełna cztery tygodnie i bumtarabum! Dosłownie.
Jestem niezwykle ciekawa, jak to wszystko będzie wyglądać, bo póki co, to nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. I gdy w ostatni łikend uczestniczyłam w zapraszaniu gości na wesele, to miotałam się między skrajną irytacją [wkurwem nawet] połączoną z chęcią walenia głową w ścianę a radosnym tumiwisizmem.
W sumie to nie powinnam nikogo oczerniać na forum publicznym, ale... Cóż, czasem mam wrażenie, że panna młoda, której mam asystować, ma w głowie jedynie dwie komórki nerwowe, które odbijają się od ścianek czaszki i tylko raz na jakiś czas, zupełnie przypadkiem, ich synapsy się łączą i przepływa impuls elektryczny.
Co tu dużo mówić, jeszcze nawet nie wybrała sukni ślubnej i chce to uczynić dopiero po sylwestrze [sic!]. Cholera, mam nadzieję, że wie przynajmniej z kim się hajta.

Ale ołkej, to nie moje wesele, nie mój stres i w sumie, jakby co, nie moja żenada:)

Moim jedynym zmartwieniem w tym momencie pozostaje sama ceremonia zaślubin. Nie ma się co łudzić, że w kościele będzie ciepło. Ba! Żeby chociaż para z ust nie leciała! Wolałabym nie przymarznąć do krzesełka, ale przecież sobie pod nim farelki nie zainstaluję... Hm. chyba jednak trzeba zainwestować w wełniane majtasy po kolana.

Tak. Coś mi mówi, że 15 stycznia 2011 będzie niezapomnianym dniem:D
I chyba ziści się plan początkowy, bym to ja była gwiazdą wieczoru:>



Piosenka! Ze ślubem w tle oczywiście.

czwartek, 16 grudnia 2010

test ciążowy

Internet to takie dziwne coś, w czym można znaleźć chyba wszystko.
I tak na przykład, dziewczętom niepewnym swego dalszego losu internet oferuje możliwość zrobienia sobie wirtualnego testu ciążowego.
Zaintrygowało mnie to wielce, więc wygoglowałam takowy i przystąpiłam do dzieła.
Niestety kłamali ci, którzy twierdzili, że będzie to polegać na nasikaniu na komputer. Otóż cała rzecz jest o wiele trudniejsza, trzeba bowiem odpowiadać na dziwne pytania, a niektóre z nich [uwaga uwaga] posiadają więcej niż dwie możliwości odpowiedzi. To zdecydowanie podnosi poziom trudności. A przecież taki test i tak wymaga ogromnego skupienia, bo to nie o byle błahostkę chodzi! I nie tak łatwo jest odpowiedzieć na pytanie "czy uprawiałaś seks?".
W każdym razie wysiliłam umysł i udzieliłam odpowiedzi na wszystkie pytania. Wielce szczęśliwa oczekiwałam na rezultat, ciekawość wprost mnie zżerała. W iluż to procentach jestem w ciąży??? Czy jeśli wyjdzie 50%, to będzie to oznaczać, że urodzę za 4,5 miesiąca???
Niestety nie dowiedziałam się, czy jestem w ciąży czy nie, bo gdy komputer już wszystko podliczył i przeanalizował, to okazało się, że aby poznać wynik, muszę wysłać smsa za 6,70zł. No to sorry, ale nie.

Na szczęście znalazłam i inny test. Ten wręcz poraża prostotą. Jest tak banalny, ze nie ma sensu go opisywać, Zróbta same:)

http://www.joemonster.org/art/8073/Interaktywny_test_ciazowy

niedziela, 12 grudnia 2010

zajezdnia czyli refleksja dni ostatnich

Jest takie powiedzenie, że faceci są jak autobusy.
Długo, długo nic, a potem pojawiają się trzy naraz.

Czasem mam wrażenie, że jestem zajezdnią, na którą odstawiają wszystkie wadliwe.

wtorek, 7 grudnia 2010

agresor

Nekem agresoram van.
Kurva.

Niezwykle mnie dziś wszystko wkurwia.
tramwaj, który mi spieprzył
dodupna pogoda [jest zbyt ciepło, zrobiły się nam w środku zimy roztopy i trzeba się taplać w zalegającej chodniki śniegowej mamałydze i przeskakiwać przez kałuże]
zajęcia z węgierskiego, na których nie robimy nic konstruktywnego, a ja mimo wszystko niewiele umiem i nie potrafię sklecić zdania
smsy od operatora
próba przedstawienia, która pokazała, że za niecałe 10 dni pokażemy wielką improwizację in hungarian
stosunek olewawczy do przedstawienia współtowarzyszy niewoli
wizja śpiewania kolęd przed publicznością [in hungarian once again]
apteka, do której pojechałam specjalnie, a której nie było
druga apteka, do której musiałam brnąć przez cholerną mamałygę
noga, która boli co raz bardziej i zmierza powoli ku odpadnięciu
durni ochlapujący mnie kierowcy, którzy kurwa nie widzą tych ogromniastych kałuż na ulicy i nie zwalniają wjeżdżając w nie
kabel od internetu, o który dziś się nieustająco potykam
gorąca woda z makaronem, którą omc się nie oblałam
roztopiona czekolada w moim łóżku, którą się właśnie ubabrałam
grrr wszystko wszystko wszystko!

Do szczęścia brakuje mi tylko wypieprzenia się na śliskim balkonie, gdy pójdę zapalić.

niedziela, 5 grudnia 2010

Co za uroczy poranek! Aż chce się słać radosne "dzień dobry" całemu światu:)
I nie wiem skąd to.
Czy to wina Mikołaja, który dziś w nocy zakradł się do pokoju i zostawił Monice prezent, a ja widziałam jak to robił, więc cieszyłam się z góry na jej miłe zaskoczenie o poranku.
Czy to może wina świątecznej piosenki, której nigdy szczególnie nie lubiłam, ale która zabrzmiała niesamowicie, gdy o 6:30 usłyszałam ją od sąsiadów z góry.

To w sumie nieistotne. Niech tylko to świąteczno-zimowe pozytywne nastawienie do każdej cząsteczki wszechświata trwa:)

[no dobra, nie każdej... ale większości!]


niedziela, 21 listopada 2010

łykend

Chyba nigdy mi się nie znudzi chodzenie do Karpia. Ta knajpa ma w sobie coś, chociaż naprawdę nie wiem co to może być. Jest obleśna, śmierdząca i przez długi czas zamiast piwa sprzedawali tam napój karpiany, dla zmylenia nazywany warką.
Napój karpiany, który smakował gorzej niż siki pomieszane ze zlewkami. A jednak, cholera, jednak się go piło!
I chociaż knajpa się zmienia, już nie ma stałego grona ludzi tam przychodzących, których znałam z widzenia, muzyka też nie zawsze jest taka jak kiedyś, to jednak ciągle jest Karp, miejsce gdzie można mieć ubaw po pachy i gdzie zbierają się chyba największe pojeby.
I nie inaczej było w piątek.
Na początku trochę pustawo, z większym zagęszczeniem w sali dla palących [na szczęście parkiet jest tam, gdzie wolno palić].
A potem się zaczęło...
Mistrzowie wieczoru to:
-> Sławomir Mrożek [lub jego sobowtór, młodsze wcielenie], wypisz wymaluj on, w takim zajebistym swetrze, jak z lumpeksu, za dużym i rozciagnietym. Poprosił mnie do tańca [do tanga zapewne] a ja, głupia głupia głupia, odmówiłam.
-> Dwaj uroczy chłopcy. Jeden w niebieskiej koszulce średnio obcisłej i drugi w białej, takiej jak od dresiku, zapinanej na zamek, która z przodu miała błyszczący, srebrny nadruk. I gdy wpadał w ferwor tańca, to zamaszyście rozsuwał zamek. Bosssko! Oni nie byli metroseksualni, oj nie! Wyglądali jak gejowska para. I ci oto chłopcy postanowili wyrwać Szfesterkę i mnie. Nosz kurwa. Sposób na to mieli genialny, erodance z krzesłem, które stało przy naszym stoliku :D ale najlepszy był tekst, którym zarzucił ten w białym, gdy nie chciałyśmy z nimi tańczyć: "Nie wiem co sie stało z polskimi kobietami!".
Otóż, kurwa, nic się nie stało! Raczej co się stało z polskimi facetami?! Dlaczego aż tak zniewieścieli? I doprawdy nie uważam za coś dziwnego faktu, że faceci w obcisłych trykocikach mnie śmieszą a nie pociągają.


Wczoraj odbyła się pierwsza edycja przeglądu zespołów rockowych KrakRock. Udałam się tam radośnie na występ Mindfield. Znowu sama. Ale w konkursie brał też udział zespół ze stron rodzimych, czyli Okinekopeszte, dzięki czemu nie byłam zmuszona spędzać tych cholernie irytujących przerw na zmianę sprzętu w samotności.
Ogólnie bardzo fajna impreza. Moim zdaniem jej głównym minusem była zbyt słaba promocja. I dlatego na publiczność składali się właściwie tylko znajomi poszczególnych kapel. Pod tym względem zdecydowanie przodowali The Redskiss, a podczas występu Mindfield serce mnie bolało, że tak mało osób przyszło tam dla nich.
Ech... do samego końca kibicowałam Mindfield, a wygrali moi znajomi, czyli Okinekopeszte. Oczywiście bardzo się ucieszyłam, myślę, że słusznie otrzymali to największe tego dnia wyróżnienie. Może nie jest to muzyka jaką kocham, ale dali naprawdę dobry występ. Ale równocześnie było mi przykro, że to jednak nie moi ulubieńcy zgarnęli wygraną.
A od Mindfield dostałam EPkę:) Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!! Cieszę się nią jak dziecko. Chociaż nie. Bardziej jak rozhisteryzowana nastolatka :D
Więc na koniec, niech zagra Mindfield!

05. Mindfield - Shine

czwartek, 18 listopada 2010

Połowa listopada a śniegu ani widu ani słychu. Interia twierdzi, że w najbliższą środę zrobi się przymrozkowo i moja tęsknota za śniegiem zostanie ukojona, ale jakoś im nie wierzę. Poza tym pewnie spadnie go tak mało, że od razu się roztopi...
Za to zrobiło się mgliście i deszczowo. Taka "miękka" pogoda. Bo mgła rozmazuje kształty i kolory. A planty wyglądają zupełnie jak na obrazie Wyspiańskiego. I jadąc tramwajem szczerzę do nich zęby, wbrew niezadowoleniu z pogody współpasażerów.





Niestety na wyczekiwany koncert 30stm w Warszawie jednak nie pojadę. Chyba, że nagle, niespodziewanie, abrakadabra znajdę sponsora albo 500zł. Nie ma co kryć, przykro mi z tego powodu.
Ale ale! Jest i coś na pocieszenie! W sobotę koncert Mindfield! Dzięki bogom za fejsbuka, gdyby nie on, to pewnie bym przegapiła, a to byłoby już za wiele;)
I kto wie, może ten sobotni koncert da mi więcej radochy niż Jared... taaak... To naprawdę bardzo prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wrażenia z ich występu.

piątek, 12 listopada 2010

moja małpa

moja małpa wie jak naprawdę ze mną jest
patrzy w oczy tak, jakby znała mnie od lat
kiedy jest mi źle, opowiada różne dziwne historie


Tak, tak. Moja Małpa jest istotą mądrą niezwykle i rzekła mi: ODSTAW BEATĘ!
I rację ma Moja Małpa, bo Beata może mieć na człowieka zły wpływ, rozczulać zbytnio może, wzruszać, do nakręcania się skłaniać. A to nie jest dla mnie [przynajmniej teraz] dobre.
Więc słucham Mojej Małpy, chociaż żal tak Beatę z empetrójki wyrzucać. Lecz rozumiem, rozumiem słusznosć argumentacji.

Miast Beaty radosnych pieśni słuchać mi nakazano. Zero smęcenia.
No to sru!

wtorek, 9 listopada 2010

uwaga, uzewnętrzniam się

Mimo szczerych chęci nie udało mi się zapanować nad mętlikiem w głowie. A mętlik ów bierze się z tego, że lekko podekscytowana robię sobie jakieś tam nadzieje, których spełnienie jest wątpliwe. I zirytowana na siebie, żem taka naiwna, usiłuję przywołać swój rozsądek, a nawet pesymizm i cynizm.
Więc mętlik, lalala.

Parę dni temu miałam przyjemność przeżyć jedną z najbardziej magicznych chwil w moim życiu. Zupełnie z zaskoczenia. Taką, której chciałoby się nigdy nie zapomnieć. I gdy o tym myśłę, to do głowy przychodzi mi piosenka Erasure "Always" [wiem wiem, gra robot unicorn attack, ale tym razem ma ona dla mnie zupełnie inne konotacje]. Bo "Always" jest w swoim brzmieniu magiczna właśnie, kiczowata też, ale przecież ja wielbię kicz.

A teraz najbliżej mi do piosenki ""W moim ogrodzie", totalnego klasyka grupy Daab, o czym nie miałam pojęcia, dopóki ma empetrójka pieśni tej nie podrzuciła mi przypadkiem. Nie jest to zbyt radosny kawałek [na pewno nie tak jak "Always";)] i nastraja jak nastraja. Planowałam więc zażarcie całej czekolady i oglądanie jednego ze skutecznie poprawiających humor filmów.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zadzwonił telefon. A odebrawszy usłyszałam męski głos, który rzekł mi, że za dwie godziny idę na piwo w niezwykle dobrym towarzystwie:)





środa, 3 listopada 2010

dobra trwała nie jest zła

Ach! Lata 80.!!! Te ciuchy! Ta biżuteria! Te kolory! Te włosy! I wreszcie: TA MUZYKA!
Mężczyźni z tapirem i trwałą na zawsze pozostaną bliscy memu sercu. A najwiekszym afektem darzę chyba Nika Kershawa. Dlaczego? Wystarczy zobaczyć teledysk do piosenki "the riddle" i wszystko jasne:)

Więc niech będzie. "The riddle" i inne muzyczno-fryzurowe cuda:




mój ulubieniec nr.2, czyli Morten Harket i a-ha




wbrew pozorom Limahl to nie tylko "never ending story;)




Savageeeee... mmmm... ten rzemyk... nosiło się tak, nosiło... i ten komputer w klipie:)




W tym teledysku Bono niestety nie ma trwałej, ale cóż, piosenka to klasyk
poza tym ma tyle samo lat co ja



a na koniec dwa tapiry dla Chrupki



wtorek, 2 listopada 2010

piosenka na teraz

Są takie piosenki, których teksty są o czymś. To coś więcej niż dobrze rymujący się tekst: "ja cię kocham, ty mnie nie, je je je".
Czasem przez taką piosenkę łatwiej powiedzieć co się myśli i czuje. Tak mniej inwazyjnie, bez narzucania się.
Jeśli ktoś chce, to posłucha tekstu i zrozumie. Jeśli nie, to posłucha muzyki bez [być może zbędnego] zagłębiania się.
I ja mam taką piosenkę na teraz, dosyć długawe teraz.

I got it bad
You don't know how bad I got it
You got it easy
You don't know when you got it good
It's getting harder
Just keeping life and soul together
I'm sick of fighting
Even though I know I should
The cold is biting
Through each and every nerve and fibre
My broken spirit is frozen to the core
Don't wanna be here no more

czwartek, 28 października 2010

Bardzo, bardzo lubię, gdy pogoda jest taka jak dziś. Wczoraj też było pięknie, taka prawdziwa "polska złota jesień", jak z obrazka. Było słonecznie, niebo błękitne, ale jasnobłękitne, jakby wyblakłe, zupełnie inne niż w lecie. Drzewa z zielonych zmieniły się w żółto-czerwone i jeśli się znajdzie miejsce, gdzie nie docierają panowie z dmuchawami [na Planty niestety docierają], to można poszurać nogami w liściastym dywanie i nawdychać się jesiennego zapachu. Tak jak ja zrobiłam wczoraj właśnie, gubiąc się gdzieś w Bronowicach.
Ale dziś jest tysiąc razy piękniej. Bo do słońca, błękitu nieba i tego jesiennego "czegoś", co czyni świat pięknym, dołączył przymrozek. Wiem, że większość osób nie lubi jak jest zimno. I pewnie dziś rano wszyscy złorzeczyli na to, ze jest nieprzyjemnie.
Dla mnie jest naprawdę cudnie. Przymrozek przyostrza powietrze, delikatnie zaczyna szczypać policzki i przy każdym oddechu z ust wydobywa się para. Ach, uwielbiam!
A najpiękniejsze jest to, co przymrozek robi z trawą i innymi roślinami. Wszędzie robi się biało. Jakby ktoś polukrował cały trawnik:) Tak, pewnie jakby spróbować smaku, to byłby to bardzo zmrożony lukier:) Jak byłam młodsza, to myślałam, że przymrozek, to coś na kształt śniegu. Zbliża się zima, przychodzi przymrozek, jak przedsmak śniegu i osiada na trawie, na krzaczorach, na samochodach. Wszędzie, wszędzie! I nadal chcę tak myśleć, tak jest bardziej magicznie. Rosa, która zamarzła, bo temperatura spadła poniżej zera? Pfff, banalne.
Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na śnieg:) I jak o tym myślę, to kaszel i ból gardła przestają tak dokuczać. Muszę wyzdrowieć, bo już niebawem nadejdzie czas lepienia bałwanów i jeżdżenia na sankach. Trzeba być w formie!


[jesienny obrazek pasujący do mojej nowej torebki;)]

wtorek, 26 października 2010

z pamiętnika starszej druhny, część pierwsza

Mam czego chciałam! Dostałam nagle, zupełnie niespodziewanie coś, co dodało zapału i zachęciło do działania. Poproszono mnie o pełnienie funkcji starszej druhny i cóż... Zgodziłam się.
Hah, pierwsze co pomyślałam to: "o kurwa! NIE!", ale potem doszłam do wniosku, że to może być świetna zabawa.
I tak jestem zdziwiona, że mnie taki zaszczyt kopnął. Wydawało mi się, że wszystkie moje koleżanki/kuzynki znają mnie na tyle dobrze, że mnie o takie coś nie poproszą. Ja? Druhną? JA??? Jakżeż się myliłam!
Ślub [i weselicho oczywiście] w styczniu, więc czasu niewiele. Póki co czeka mnie impreza zapoznawcza z drużbą [sic!]. Moja pierwsza gorąca prośba do bogów tycząca się drużby już została spełniona- człowiek ów [z tego co wiem od panny młodej] nie jest wzrostu nikczemnego. Dobra, może się czepiam, ale chujowo by było, gdyby był o głowę ode mnie niższy. Teraz prośba druga. Proszę proszę proszę, niech on potrafi tańczyć!
Naprawdę mam radochę na myśl o tym ślubie. Jedyne co mnie martwi to fakt, że to przed samą sesją. No i kiecka... To tez będzie problem. Jak znaleźć coś ładnego, taniego i dobrze na mnie leżącego? To chyba niemożliwe.
Zawsze zostaje zrobienie lansu "na bogato". Dużo solarium, dużo tipsów, dużo pasemek, brokatu, cekinów i tafty [w kolorze pistacjowym!]. Plus buty w szpic. W takim stylu kiecek jest od groma:D
Hmm... A może by tak gothic-druhna? Czarna powłóczysta koronkowa suknia, czarne proste włosy do pasa, glany i czarna szminka?
Albo emo-druhna, w paski, z grzywką po pępek, oczami wymalowanymi na pandę i żyletkową biżuterią?
Jeszcze to przemyślę. A teraz udam się do łazienki, aby trenować przed lustrem miny, które będę robić na ślubnej sesji zdjęciowej [uśmiech czy dzióbek?].

I piosenka. Ze ślubem w tle [początkowo myślałam o "november rain" ale to jest lepsze].


The Darkness - Is It Just Me
Załadowane przez: Virginie82. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.

wtorek, 19 października 2010

Nie jest ani dobrze ani źle. Jest gdzieś pomiędzy.
Leżę, siedzę, stoję, idę.
W tym momencie wydaje mi się, że jęczenie nad nieszczęśliwą miłością i pełne rozpaczy wzdychanie do nieosiągalnego ukochanego są lepsze niż to. Przynajmniej coś się wtedy dzieje. Emocje! Emocje!
A teraz czuję się jak na wpół napompowany materac. I przejmuję się i nie przejmuję. I w rzyci mam i nie mam.
Z jednej strony niezwykle się cieszę, że w tym roku wyjątkowo, wbrew mej własnej, cholera wie skąd wziętej tradycji nie poznałam żadnego mężczyzny [czy też chłopca], który stałby sie obiektem moich uczuć. Bo to się zawsze kończyło tak samo. Pierwszy semestr pod znakiem radości, nadziei i złudzeń, szczęśliwy brak skupienia w trakcie sesji. A potem wiosna i olśnienie [gdzieś w międzyczasie zrobienie z siebie totalnej idiotki], wkurw i smutny brak skupienia podczas kolejnej sesji.
A z drugiej strony wcale mi nie jest fajnie. Obojętność i zniechęcenie względem płci przeciwnej tak duże, że aż czasem czuję jak do niektórych moich myśli czy spostrzeżeń krzywię twarz w niesmaku.
Dziwnie.
Pusto.

Wychodzi na to, ze tak źle i tak niedobrze.
Czegoś mi trzeba. Czegoś co mnie nakręci i doda zapału.

I piosenka. Nagle pojawiła się w głowie. No to jest.

poniedziałek, 18 października 2010

KOL

Zaprawdę powiadam wam: jesień to dobry czas dla muzyki!
Do miasta napływają studenci całymi stadami i zamiast wielkich muzycznych festiwali, gdzieś w krzakach pod gołym niebem, pojawiają się mniejsze koncerty. Które zdecydowanie wolę. I czasem aż żal, ze tyle tego a kasy i czasu na wszystko brak. Zwłaszcza kasy. Aktualnie boleję nad Apocalypticą, heh...
A oprócz tego nagle się okazuje, że nie wiadomo czego słuchać, bo ciągle wydawane są nowe płyty.
I oto przed nami nowe dzieło Kings Of Leon. "Come around sundown". Wprawdzie dopiero jutro pojawi się w sklepach, ale pierwszy singiel już wydany. A w radiu można było posłuchać paru kawałków, w ramach przedpremierowego zapoznawania się z płytą. Póki co podoba mi się. Wystarczy posłuchać przez chwilę i już wiadomo, że to KOL, chociaż mam wrażenie, że ta płyta to coś zupełnie innego niż poprzednia. Jest taka... taka... do słuchania w stanie spokojnej radości i poczucia harmonii. Najlepiej z kubkiem jaśminowej herbaty/kieliszkiem półsłodkiego wina w ręce [jak kto woli, niepotrzebne skreślić]. Podczas gdy słuchając tamtej raczej miało się ochotę skakać [czasem skakać z mostu, patrz: "cold desert", ale jednak skakać].
Ocenię i ustosunkuje się dopiero jak posłucham całości. Tak z pięć razy;)
A teraz tenże pierwszy singiel. I teledysk. Nakręcony w stodole. Więc jakby ktoś chciał sobie podobny nakręcić, to służę stodołami;)
Jeju jeju, jakżeż ja lobię to ich hamełykańskie brzmienie.

piątek, 15 października 2010

Chciałabym spotkać człowieka, który będzie słuchał dokładnie takiej muzyki jak ja. Wtedy nie groziłoby mi, że znów pójdę sama na koncert. Bo jest trochę dodupnie, gdy się sterczy samotnie w oczekiwaniu na muzykę.
Wczoraj tak właśnie sterczałam, co zaowocowało zwiększoną ilością wypalonych fajek.
W ogóle to był mój pierwszy koncert w Rotundzie (zazwyczaj interesujące mnie zespoły występowały gdzie indziej). Jakoś maławo tam miejsca. A podłoga uginająca się podczas skakania... tak, wizja że wszyscy uczestnicy koncertu spadną wśród gruzu piętro niżej była aż nadto realna.
Poszłam tam ze względu na Carrion i zaprawdę słusznie uczyniłam.
Wielkie uznanie dla wokalisty, za czyste śpiewanie i brak zadyszki, mimo skakania i machania głową:) Mocny, ciekawy głos + świetne brzmienie. Chętnie pójdę na ich koncert raz jeszcze, ale pod warunkiem, że nie będą grali z Irą [która się skomerciła].
Oprócz Carrion był też Totentanz. Fajna mają muzyczkę, chociaż bardzo kojarzy mi się z "takim se" podwórkowym graniem. Strasznie niepozornie wyglądali, jak rozkładali sprzęt. Później się okazało, że potrafią fajnie zagrać, mocniej niż w wersji studyjnej. A do wokalisty zapałałam miłością, bo ma taki sam jak ja odruch odrzucania z twarzy urojonych kosmyków:)
Na koniec zostawiłam sobie support. Mindfield. Nie słuchałam ich wcześniej i to był błąd. Strasznie strasznie strasznie mi się spodobali. To moja nowa muzyczna miłość. Płyty jeszcze nie wydali [niestety, tylko EP], więc pozostaje słuchanie majspejsa. Ale na majspejsie ta muzyka nie brzmi tak, jak wczoraj. Jest cichsza [jeśli tak to można określić]. No po prostu jak były czysto instrumentalne fragmenty, to Rotunda trzęsła się w posadach [omc]. A ja cieszyłam się jak dziecko.
W sumie to zabawnie muszę wyglądać na koncertach. Ludzie skaczą, machają głowami, pogują a ja stałam i przy każdym mocniejszym fragmencie szczerzyłam zęby w uśmiechu, prawie śmiejąc się na głos. Czysta muzyczna przyjemność. hahah, teraz mam zakwasy na twarzy od ciągłego szczerzenia :D
Ale wracając do MIndfield. POLECAM! I trzymam za chłopaków kciuki, żeby udało im się wydać płytę i takie tam. Bo z całego wczorajszego koncertu oni podobali mi się najbardziej. Żałuję, że nie poznałam ich wcześniej. Grali kiedyś przed comą, ale zupełnie ich z tamtego koncertu nie pamiętam. Kiedyś byli też w lizardkingu, wiec może znów przyjadą...
http://www.myspace.com/mindfieldjaslo

piątek, 8 października 2010

pośladek*

Dzień zaczął się jak zwykle.
Natarczywie dzwoniący budzik zmusił mnie, bym opuściła słodką krainę snów o wazelinie i abym zmierzyła się z szarą, zimną rzeczywistością mglistego poranka.
Zwalczając senność i zniechęcenie, rozklekotanym tramwajem linii 4 udałam się na zajęcia.
Tam także było jak zwykle. Nuda emanowała z każdej komórki mojego ciała.
Udawszy się na znośną kawę w towarzystwie jakichś podejrzanych typów, byłam pewna, że tego dnia już nic mnie nie zaskoczy i nie uszczęśliwi.
O! Jakże się myliłam!
W ciemnej, zadymionej knajpie "Pod Glonojadem" stała się rzecz, która na zawsze odmieniła moje życie.
Bogu ducha winna siedziałam na drewnianej ławie paląc papierosa, gdy wtem... KTOŚ ZŁAPAŁ MNIE ZA LEWY POŚLADEK!!!
Dreszcze przeszły mnie całą.
Od stóp do głów, od głów do stóp.
Ach, cóż to było za niezwykłe doznanie!
Lecz czemuż ach czemuż tak krótko to trwało? Dlaczego dłoń ta boska tak szybko zaniechała trzymania mnie za pośladek lewy?
Ciągle jeszcze zalewa mnie fala gorąca, gdy o tym myślę a na skórze czuję ten jednocześnie delikatny i zdecydowany uścisk.
Oto jestem. Ja. Nieszczęśliwa. Stęskniona za dłonią, która znów złapie mnie za pośladek i przeniesie do krainy rozkoszy.


* tekst z dedykacją dla Chrupki

czwartek, 7 października 2010

wtorek, 5 października 2010

akademik - uwagi wstępne

# jak tu miło, jak tu uroczo!
# jak tu dziwnie, cały budynek pijaków!
# panowie portierzy są bardzo sympatyczni, pani portierka nie [za to chamskie wścibstwo na dzień dobry już chyba nigdy jej nie polubię]
# ma współlokatorka jest dziewczęciem bardzo miłym i rozumnym
# bliskość rozlicznych tanich sklepów napawa radością [chińska biedronkowa zupka rlz!]
# dziwny hałas z rana to jednak nie bombardowanie i burzenie, a zwykła wywózka śmieci
# sąsiedzi jeszcze żadnej imprezy nie uczynili
# sąsiadów mych jeszcze nie znam
# oczekuję na lodówkę, jednak od wczoraj jestem całkowicie szczęśliwa, bo wreszcie znalazłam gniazdo internetowe [hahahahah, co za radość]
# niektórzy studenci płci męskiej jeżdżący ze mną windą powinni używać mniej tanich perfum
# ściany sa kurwutnie cienkie, w razie nudów można podsłuchiwać
# w ramach wtapiania się w tłum, muszę kupić jakiś lanserski dresik, abibasy i torbę sportową
# niebawem zakupię "lucka" i urządzę na tym długaśnym korytarzu zawody w ślizgu

piątek, 1 października 2010

the shining

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie lubią się bać. Wszystkie książki i filmy które zaliczyć można do horrorów, thrillerów czy innych pochodnych, były dla mnie z założenia bez sensu, bo po co się bać, skoro można się nie bać? Czy własna wyobraźnia nie jest wystarczająco nakręcająca, np. gdy zostaje się samotnie w domu i wszystkie sprzęty zdają się wydawać dziwne dźwięki a w ciemnym oknie błyszczą czyjeś oczy? Świadomie ignorowałam tego typu twórczość. Ale...

TELEDYSK

Gdy byłam na pierwszym roku studiów usłyszałam w radiu piosenkę. Wraz z ta piosenką rozpoczęła się dla mnie era Dżareda i spółki [trwająca nadal].
Skoro piosenka to i teledysk. Zrealizowany w dwóch wersjach [jedna jest dłuższa, ze względu na większą ilość scen, w których rozgrywa się fabuła, bez piosenki w tle], wyreżyserowany przez Dżareda, inspirowany filmem "Lśnienie".




Teledysk niezwykle mi się spodobał, obejrzałam więc film, z którego chłopcy zaczerpnęli główne motywy.

FILM

To chyba jeden z tych filmów, które trzeba zobaczyć, niezależnie od tego, czy lubi się tego typu produkcje czy nie. Jack Nicholson jest po prostu genialny.
Oglądałam go dosyć dawno temu, więc ostatnio zrobiłam to jeszcze raz, aby na świeżo porównać filmowe i książkowe wrażenia.
Przy okazji, bardzo dobry trailer. Prosto i na temat.




KSIĄŻKA

Pewnie nie przeczytam jej drugi raz, co zazwyczaj robię, gdy jestem pod wielkim wrażeniem książki. To nie mój typ, nie mój gatunek, choć mogę o niej mówić w samych superlatywach. Cholernie wciąga, jak bagnisko, z takim głośnym "slurp" na końcu. Tak, teraz jestem w stanie zrozumieć, że strach, niepokój mogą się komuś podobać.
Gdy zaczynałam czytać, szukałam w pamięci scen z filmu adekwatnych do lektury. ale niewiele tego było. Dopiero gdy po raz kolejny oglądałam "Lśnienie", uświadomiłam sobie dlaczego. Film to tylko wariacja na temat, nie ekranizacja.
Jeśli ktoś lubi film, powinien przeczytać i książkę.

Porównując film i książkę, mimo wszystko skłaniam się ku temu drugiemu, Jednak. Szczerze sama przed sobą przyznaję, że chyba zawsze już będę wolała słowo pisane od obrazu. W filmie brakowało mi ożywających żywopłotowych zwierząt i młotka do roque'a. W książce nie brakowało mi niczego.

wtorek, 28 września 2010

niedziela, 19 września 2010

Czekam na październik. Jeszcze niespełna dwa tygodnie i rozpocznie się dziesięć miesięcy krakowskiego życia.
Trzy miesiące w Niezasięgowicach zdecydowanie wystarczą. Może to brzmi niewdzięcznie i niesprawiedliwie, ale popadam tu w zniechęcenie i marazm. Taki spokój, odsunięcie od problemów, zawieszenie wszystkich spraw. Tak to postrzegam, wracam do domu na wakacje, zostawiam wszystko, niech się samo układa. Ale ucieczka do Niezasięgowic nie może trwać zbyt długo, bo osiągnięty spokój zacznie się zmieniać w zbytnie rozpamiętywanie przeszłości, a z tego nie może wyniknąć nic dobrego.
Choć nie mam jeszcze gdzie mieszkać, choć znów zacznie się studenckie oszczędzanie na każdym kroku, czekam z utęsknieniem, nie mogąc się doczekać ujrzenia wszystkich uroczych pysiów moich znajomych:)

Tymczasem nowa muzyka. Dla mnie nowa.
14 października koncert Carrion, Totentanz i Mandfield. Wybieram się na niego ze względu na tę pierwszą kapelę, ale pomyśłałam, że warto zapoznać się z dorobkiem dwóch pozostałych.
Na tapetę poszło Totentanz, o którym gdzieś tam już coś słyszałam. Ogólnie fajna muzyczka. Może nie padłam niemal martwa porażona zajebistością brzmienia [co się zdarzało], o zakochaniu nagłym i gwałtownym w tej muzyce tez nie może być mowy. Ale jest dobrze, na pewno będę często tego słuchać i z przyjemnością zobaczę ich występ na żywo.
Muzyka Totentanz przypomina mi momentami [fragmentami?] to, co grywał za moich czasów gimnazjalno-licealnych jeden z regionalnych zespołów rockowych. Ale, żeby nie było wątpliwości, Totentanz jest o wieeele lepszy. To podobieństwo jedynie przyspieszyło przekonanie się do nowej muzyki i przeniosło moje myśli do czasów, gdy nieudolnie usiłowałam zostać siedemnastoletnią groupie [na szczęście się nie udało]. Ach, co to były za piękne chwile!!! :D





A może ktoś się wybierze ze mną na ten koncert, hm?

piątek, 10 września 2010

wakacje z dżejn

Pierwsza część moich tegorocznych wakacji należała do wampirów, był wampirzy prawiczek Edek Culano, głupia wróżka Suki i ociekający seksem Dejmon.

Natomiast część drugą można określić jako poświęconą Jane Austen. Przeczytałam jedną po drugiej cztery jej książki, niezmiennie się nimi zachwycając i szczerząc zęby podczas czytania niektórych fragmentów.
Była niesamowitą pisarką. Wszystko jest warte uznania, fabuła, język, wykreowane postaci. Jej powieści to o wiele więcej niż tylko kończąca się hepi endem historia miłosna. To obraz życia na Wyspach na początku XIX wieku i błyskotliwy komentarz wszystkich ówczesnych absurdów.
Gdy zaczynam czytać którąś z nich, robię to łapczywie. Chociaż znam te historie bardzo dobrze, nadal z niecierpliwością oczekuję kolejnej strony, kolejnego rozdziału. A gdy zostaje już tylko kilka ostatnich stronic, zwalniam, czytam kilka razy te same akapity, żeby tylko jeszcze nie odkładać przeczytanej książki na bok. Zaraz też mam ochotę, by przeczytać ja po raz kolejny.
Dotyczy to także "Emmy", chociaż tytułowa bohaterka niesamowicie mnie irytuje. To także jest dla mnie miarą wielkości Austen. Cała powieść jest tak interesująca, że chęć jej przeczytania jest silniejsza niż antypatia do Emmy. Zresztą sama jej postać jest świetnie opisana [ale i tak jej nie lubię, głupie dziewczę, o!].
W ogóle postaci we wszystkich powieściach Jane są warte uwagi, oryginalne i barwne.
Zachwyciłam się "Perswazjami", których do tej pory [nie wiem jakim cudem] nie znałam. Trafiła mi do serducha opowiedziana historia, trochę inna niż wszystkie pozostałe. Przynajmniej tak to samej sobie tłumaczę, jeśli stoi za tym coś jeszcze, to może lepiej o tym nie myśleć i nie pisać;)
Jednak moją największą miłością spośród książek Austen na zawsze pozostanie "Duma i uprzedzenie". Może to dlatego, że była pierwszą, którą przeczytałam. A może to wszystko "wina" pana Darsiego;)
Jaki pan Darsi [Darcy] jest, każdy wie. Bez wstydu i zażenowania, z ręką na sercu przyznaję się, że należę do tego ogromu kobiet, które się w nim kochają. Tak, tak... Całe rzesze wielbicielek Darsiego since 1813:)

Jest taki ciąg skojarzeń, gdy myślę o panu Fitzwilliamie Darsim:

pan Darsi -> "Duma i uprzedzenie" -> serialowa adaptacja BBC z 1995 roku [genialna, chyba najwierniejsza książce] -> Colin Firth -> pan Darsi w ekranizacji "Dziennika Bridget Jones" -> książka "Dziennik Bridget Jones"

Bo jakby ktoś nie wiedział, to w "Dzienniku..." jest masa odwołań do "Dumy i uprzedzenia", od nazwiska głównego bohatera poczynając. I z jednej strony to bardzo fajnie, że kręcąc film o Bridżet, do roli Darsiego zaangażowano Colina Firtha. Ale przez to w filmie zabrakło jednego z lepszych fragmentów książki, gdy Bridzet przeprowadza wywiad właśnie z Colinem, rozmawiając z nim jedynie o roli w "Dumie..." i o scenie w jeziorze.
Bridżet, jako i ja, wciąż od nowa ogląda serial BBC, czeka niecierpliwie aż Darsi prześpi się z Lizzi i uwielbia scenę w jeziorze.

Więc na koniec ta właśnie scena. Myślę, że jedna z dwóch najbardziej lubianych w całym serialu [druga to oczywiście oświadczyny], enjoy:

wtorek, 31 sierpnia 2010

Lądując na takim kierunku studiów jak mój, jest się zmuszonym do czytania, najlepiej ze zrozumieniem, sporej liczby mniej lub bardziej naukowych i sensownych tekstów.
No to czytam.
I kurwicy dostaję, bo już sama nie wiem czy to ja jestem taka głupia, że nie potrafię zrozumieć "co autor miał na myśli", czy to autor bełkocze zamiast pisać.
Wnioski do jakich doszłam są niepokojące. Wychodzi na to, że z moją inteligencją i umiejętnością pojmowania jest całkiem nieźle [choć mogłoby być lepiej], to te teksty sa jakieś takie... zagmatwane. Oczywiście nie wszystkie, są tacy badacze/naukowcy/pisarze, nazwijcie ich jak chcecie, którzy potrafią nawet najbardziej dziwaczny pogląd przedstawić ciekawie, zwięźle i zrozumiale. Ale tekst, który miałam nieprzyjemność czytać ostatnio, zirytował mnie strasznie. Jak nic miarą naukowości tekstu, jest stopień jego zagmatwania.
Tak więc nigdy nie zostanę słynnym badaczem, bo choć lubię tworzyć zdania podrzędnie złożone, są one zdecydowanie za krótkie. Poza tym zlekceważyłam sobie rok nauki tego wspaniałego języka, jakim jest lingua latina, nie mogę więc wrzucać to tu to tam łacińskich słówek czy całych wyrażeń [chyba, że in vino veritas gdzieś będzie pasować]. No i nie posiadam słownika synonimów ani słownika wyrazów obcych, więc moje wypowiedzi są zbyt monotonne i zdecydowanie zbyt mało wysiłku włożyłby odbiorca, aby je zrozumieć. Cóż, jakoś się pogodzę z mym losem, może chociaż pisarką zostanę, bo poziom pisarstwa Stefy to chyba mam... Prawda?

Na pocieszenie po tych smutnych wnioskach wrzesień. Jakże ja się cieszę, że to cholerne lato już się kończy! Nie ma to jak jesień i zima! Najlepsze [jak dla mnie] pory roku.
Ale niestety nie jestem tak optymistycznie nastawiona do świata jak rok temu. Wtedy wszystko się świetnie układało: zaczynałam nowe studia, miałam pracę, fajne mieszkanie, masę pomysłów, energii i nadziei. Teraz, hmm... nie jestem pewna, czy nadal będę na tym nowym kierunku studiów, nie mam pracy, nie mam mieszkania, energia mnie raczej nie rozpiera, wolałabym zasiąść w jakiejś knajpianej piwnicy, zapalić papierosa i pogadać z kimś przy piwie, nigdzie się nie spiesząc, niczym nie martwiąc i nic nie planując.

A jesień zapowiada się przecież bardzo ciekawie:
w październiku koncert carrion
w listopadzie koncert normalsów
w grudniu koncert 30stm

Tymczasem na prawie wrześniowe i prawie jesienne nastroje płyta sprzed dziewięciu lat- Brainstorm "Online"

czwartek, 26 sierpnia 2010

Motywem przewodnim moich tegorocznych wakacji są wampiry. W formie łatwo przyswajalnej, głównie serialowej i filmowej.
Już o tym raz pisałam, ale pora moje spostrzeżenia uzupełnić, bo wtedy zaczynałam zaznajamiać się z serialem "Czysta krew" a teraz już dobrnęłam do trzeciego sezonu.
Ogólnie jest ok. Podoba mi się w nim to, że aktorzy nie są piękni i wymuskani, ale wyglądają całkiem przeciętnie, jak na mieszkańców jakiegoś zadupia przystało. Krew się leje często i obficie, jak należy. I nie przypomina soku pomidorowego! A momentami można się nawet trochę pobać. Do tego dużo seksu, alkoholu i obfitych w przekleństwa dialogów. Tak, jest ok.
Wszytko byłoby pięknie, gdyby nie para głównych bohaterów. Heh. Sookie jest głupia i wkurwia tym nieustającym wpieprzaniem się tam, gdzie jej nie chcą. Natomiast jej wampirzy lowerboj Bill jest tak pochmurny i mroczny, ze to aż śmieszne. I jak on wymawia jej imię! Takie świszcząco-szeleszcząco-śliniące SSSSSSSSSUUUUKI. Do tego obydwoje są nieustająco napaleni. Nie nie, ja się nie czepiam tego napalenia, bo jak pisałam wyżej, seksu w serialu jest dużo i wcale nie jest to jego wadą. Ale jak Bill wygrzebał się z ziemi na cmentarzu, cały oblepiony błotem, pociągnął przechodzącą obok Sookie za nogę i niemal ją zgwałcił, a ona się z tego ucieszyła to... heh, przesada.
Jakby tak ta główną parę wyciąć, to na pewno serial podobałby mi się bardziej;)

"Czysta krew" to serial produkowany dla dziewcząt w wieku okołomoim. Dlaczego? Bo zdecydowanie jest tam więcej przystojnych facetów niż ładnych lasek [chociaż kilka naprawdę fajnych się pojawiło]. Hmmm, faceci... Sam, Jason, Eric, Alcide, Tommy, Eggs...
Jak zdążyłam zauważyć, ulubieńcem kobiet oglądających serial jest Eric. Nie jestem oryginalna, tez uważam, że jest przystojny i seksowny. Taki typ faceta, który zrobi sobie naszyjnik z zębów niedźwiedzia, przytacha zabitego mamuta na obiad i spłodzi masę słodkich blond dzieciaczków:D
Wbrew temu co mówiła Marta, nie spodobał mi się Alcide. Znów typ wielkiego mięśniaka. Wystarczy mi jeden, Eric.
Zdecydowanie wolałabym już psychopatycznego Franklina o twarzy przypominającej Kulfona [tego od żaby Moniki, z Ciuchci].
A moim ulubieńcem i tak będzie przeuroczy, chłopięcy Godric, który niestety pojawił się tylko w kilku odcinkach.


A tak w ogóle, jak to oglądam, to upewniam się w moim podejrzeniu, że Stefa odgapiła co istotniejsze motywy z książek o Sookie. Pfff

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

kołk lajw festiwal, dzień 2

Gdy opisywałam wrażenia po koncercie 30stm roznosiła mnie energia. I energia właśnie była tym, co emanowało ze sceny. Koncert ładował baterie, sprawił, że skakałam, tańczyłam i śpiewałam jeszcze długo po jego zakończeniu. Jakby kto mi wymienił zwykłe baterie na djurasel;)
To pokoncertowe nakręcenie było genialne i było mi trochę żal, że tak szybko je stracę, po od dawna oczekiwanym koncercie MUSE. Bo MUSE dał uczucie zupełnie inne.
Tak, wiem, zabrzmi to pusto, sztucznie i beznadziejnie, ale dla mnie musowy koncert to była moc i magia.
Oczywiście chłopcy grali głównie piosenki z ostatniej płyty + jak na festiwal przystało, takie wcześniejsze kawałki, przy których można skakać, drzeć mordę i klaskać:) np. "hysteria", "plug in baby", "new born" "knights of cydonia" czy wreszcie "supermassive black hole". Ciut szkoda, ze nie zagrali jakiegoś bardziej balladowego starocia, coby się w wielgachnym tłumie pobujać i powzruszać.
Moim zdaniem i tak najlepsze były międzypiosenkowe wariacje gitarowe Matta i nie miałabym nic przeciwko, gdyby cały koncert był czysto instrumentalnym popisem możliwości musowych chłopaków. Ale to chyba byłoby już dla mnie za wiele szczęścia na raz;)
Jeżeli chciałoby się coś zarzucić występowi MUSE, to trochę za mały kontakt z publicznością. Z jednej strony, nie musieli się wysilać, bo ta cała masa ludzi bawiła się w najlepsze, nie trzeba ich było zachęcać do intensywniejszego udziału. Poza tym, muzyka broni się sama, mówienie czegokolwiek do publiki wydaje się zbędne. Jednak z drugiej strony rację miała dziewczyna, której wypowiedź gdzieś tam usłyszałam zwijając się z festiwalu: "Jared śpiewał razem z nami". Fakt, zachęcał do tańczenia i śpiewania. Wrażenie było takie, jakby on sam świetnie się bawił podczas występu i jakby chciał, aby ludzie którzy przyszli na koncert bawili się przynajmniej tak dobrze jak on. I zdecydowanie nie mogę się zgodzić z kolesiem, który stwierdził, ze 30stm mieli "przegadany koncert".
Ale cóż, dwa różne zespoły, dwa różne koncerty. I inne uczucia im towarzyszące.
Jedno jest pewne, chętnie zobaczyłabym i jednych i drugich jeszcze raz [lub więcej] na żywo. Na co szansa być może będzie już wkrótce...

sobota, 21 sierpnia 2010

kołk lajw festiwal, dzień 1

Gdy dzieje się coś niesamowitego, strasznie żałuję, że moje zmysły nie są w stanie wszystkiego wychwycić, że moja pamięć jest tak cholernie zawodna.
Na przykład wczorajszy koncert.NAPRAWDĘ NIESAMOWITY. Pod każdym względem, od początku do końca.
Myślałam, że będzie dodupnie a było świetnie. I nawet nie wiem jak to opisać.

Jeżeli twierdziłam, zę nowa płyta jest bardzo dobra, to teraz nie wiem jak mogłabym ją określić, bo brzmienie tych kawałków na żywo jest niedopisania.

Oczywiście większość zagranych piosenek była z najnowszego wydawnictwa 30stm, ale nie zabrakło staroci: "beautyful lie", "attac", akustyczne "from yesterday", "alibi", "the story", które zawsze mnie drażniło, a teraz czuję, jakbym nigdy nie znała właściwie tej piosenki i pod sam koniec półakustyczne "the kill", które, jak łatwo się domyślić, rozruszało nawet największych sztywniaków.
Hah, doczekałam się nawet ulubionego instrumentalnego "equinox" zagranego na gitarze przez Shannona. Doprawdy, mam powody by mdleć i piszczeć na myśl o tym koncercie;)
Jeśli ktoś kiedykolwiek miał okazje posłuchać płyty "this is war" wie, że pojawia się tam wiele fragmentów śpiewanych przez tłum ludzi. I nagle okazało się, że jestem właśnie w tym tłumie, jestem tym ludziem, który śpiewa i krzyczy.
I do tego energia bijąca ze sceny. Chyba jeszcze nigdy nie byłam na koncercie zespołu, którego wokalista byłby aż tak skoczny:D Zaraźliwie skoczny. Że też on się nie bał wskoczyć w tłum piszczących fanek... I że nie bał sie ich wziąć na scenę [biorąc pod uwagę, że prawie rozniosły im sprzęt], zadziwiające...
Jasne, to nic nowego, że artyści zachwalają ze sceny swoją publiczność, ale ujęło mnie za serce to, że np. Jared poprosił ochronę, żeby zostawiła ludzi, którzy trzymają kogoś innego na ramionach, bo przecież nikomu nie dzieje się nic złego. I to, ze rozkręcając publiczność i zachęcając do tańca apelował, żeby pomóc jeśli ktoś się przewróci, aby nikomu nie stała się krzywda. Może to głupie, ale naprawdę to było miłe i hm, rozczulające?
Dwie ostatnie piosenki, "closer to the edge" i "kings and queens" to już totalne szaleństwo.
Słucham teraz ich muzyki i przeżywam na nowo. Skakać chcę, tańczyć chcę, śpiewać chce, krzyczeć!!!

Jedyny dyskomfort jaki czułam na koncercie, to fakt, że nikt z ludzi stojących wokół mnie nie śpiewał, nie skakał i jakoś tak głupio było mi to robić samej... A przecież energia mnie roznosiła. Z drugiej strony w tłumie fanek pod sceną nie chciałabym się znaleźć, oj nie, jeszcze mi życie miłe;)

Wrzucam jeszcze raz najnowszy teledysk 30stm, bo wczoraj było właśnie tak jak jest to tu pokazane. Tak bawiący się ludzie i tak samo skaczący po scenie i po barierkach Jared [bez zadyszki! jak on to cholera robi].

piątek, 20 sierpnia 2010

lalala lalala
wreszcie się doczekałam
lalala

Dziś i jutro Kołk Lajw Festiwal i muzyka, muzyka, muzyka.
Tak naprawdę, to zależy mi tylko na dwóch koncertach.

1) dziś, Shannon, Jared i Tomo czyli 30 seconds to mars




2) jutro, Dom, Matt i Chris czyli MUSE




some people believe in god, i believe in music
some people pray, i turn up the radio

wtorek, 17 sierpnia 2010

devil's lock

Jakoś tak mam, że gdy usłyszę fajną piosenkę, to mam ochotę zobaczyć jej teledysk.
Więc oglądam.
Zwykle zaczyna się od jednego kawałka a kończy dłuuugim siedzeniem na jutubie. Bo przecież muszę zobaczyć inne klipy danego artysty, a potem może jutub sam mi coś podpowie, albo przypomni mi się coś zupełnie innego, co przecież kiedyś chciałam zobaczyć... Jeszcze w międzyczasie zahaczę o jakąś oficjalną stronę, wikipedię albo tekstowo, żeby zgłębić wiedzę i sru!, całe godziny z głowy.

Dziś gdzieś między chrzanem a czosnkiem [do ogórków] przypomniał mi się świetny [moim zdaniem ofkors] teledysk.
Jest to pierwszy singiel z drugiej płyty "love is gone" amerykańskiego zespołu Dommin. Jak głosi wikipedia, panowie grają alternatywnego, gotyckiego rocka i pochodzą z LA. Jest ich czterech a prym wiedzie wokalisto-gitarzysta, Krzychu Dommin [sic!].
Mhrok od chłopaków emanuje że łohoho! na kilometr! Ale poza tym, to warto ich posłuchać, naprawdę fajna płyta, a Krzychu ma ciekawy głos.
Ale ale! Miało być o teledysku. Bo jest on dobry, interesujący, opowiada pewną historię, ma ciekawą pointę i oczywiście jest mhroooczny.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie włosy Krzycha. Czyli jego giga grzywka do połowy policzka zasłaniająca prawe oko. Ufryzowana w niesforne loczki diabelsko się rozwidla od intensywnego machania głową podczas jednego z refrenów.
Poszukałam, poszperałam i wychodzi na to, że taka fryzura to devil's lock i że niby tak ma być. No i owszem, google pokazało mi dożo zdjęć z takim zaczesem, ale tamte wyglądały jakoś atrakcyjniej.

Oceńcie sami. Fajna piosenka, fajnej kapeli + grzywka Krzycha, enjoy:)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

grypa biustu

Odkryłam dziś istnienie nowej, strasznej choroby, zagrażającej zdrowiu wielu kobiet. Hah, to wręcz choroba cywilizacyjna! Jest nią GRYPA BIUSTU.
Pojawiła się zapewne wraz z popularyzacją biustonoszy tupu push-up, do granic możliwości wypełnionych gąbką.
Dlaczego? Oto wyjaśnienie:
Mamy sytuację, gdy jakaś niewiasta, chcąc uwypuklić swe walory zakłada taki wygąbkowany biustonosz i jakimś dziwnym zrządzeniem losu trafia w sam środek ulewy. Ponieważ ani nie ma parasola ani nie ma się gdzie ukryć przed atakującym deszczem, przemaka do suchej nitki. Gdy wreszcie znajduje schronienie, udaje jej się wysuszyć, i ubranie i włosy. Więc niby wszystko gra.
ALE NIE!
Bo czy wysuszyła pokłady stanikowej gąbki? Hę? Założę się, że nie. Pewnie bezmyślnie zignorowała tę gąbczastą , niezbyt narzucającą się wilgoć, nie wiedząc w niej zagrożenia dla swego zdrowia czy dla swej urody.
Tymczasem noszenie niedosuszonego biustonosza grozi grypą biustu właśnie. Aż strach pomyśleć jak to się może skończyć! Gorączka biustu, katar biustu, kichanie biustu, kaszel... ZGROZA!
Ponieważ dopiero dziś olśniło mnie, że ta choroba istnieje, nie zdołałam jej jeszcze na tyle zbadać, by dokładnie opisać objawy, sposoby leczenia czy [nie daj bóg!] konsekwencje zaniedbania.

Apeluję więc do wszystkich! Strzeżcie się!!!
Kobiety, dosuszajcie staniki!
Mężczyźni, zdejmujcie ze swych kobiet biustonosze, wszak to o ich zdrowie chodzi!

piątek, 13 sierpnia 2010

wampir tu, wampir tam, wapmir dobrze zrobi wam

Ostatnimi czasy cały "wampirzy rynek" został zdominowany przez Edka & friends. Więc może trzeba przypominać o tym, że są filmy i książki wykorzystujące motyw wampirów, ale zdecydowanie-nie-edkowe.

Dziś będzie o serialach.

Na pierwszy ogień mój jak na razie ulubiony, czyli Pamiętniki Wampirów [Vampire Diaries]. Główny wątek jest standardowy i oklepany [wampir i nastolatka zakochują się w sobie, ach ach], ale mimo to warto serial zobaczyć. Chyba najważniejszą jego zaletą jest to, że nie jest przesłodzony i ciągle coś się dzieje. I to dzieje się na tyle ciekawie, że nie mogę się doczekać drugiego sezonu;)
Pamiętniki mają jeszcze jeden mocny, bardzo mocny punkt: obsadę. Nie wiem jak oni to zrobili, ale chyba zgarnęli na castingu najprzystojniejszych facetów i najładniejsze laski i juz im do innnych produkcji brakło. Hmmm pewnie chcieli tymi przystojniakami przyciągnąć przed ekrany napalone nastolatki... Hmmm na pewno im się to udało:D Mam wrażenie, że sama cofnęłam się ostatnio w rozwoju i powróciłam do poziomu emocjonalnego trzynastolatki, więc wiem co mówię. Aż ciezko się zdecydować, kto jest ulubieńcem i na czyj widok najgłośniej piszczeć i mdleć. Czy postawić na grzecznego chłopca Stefana, jego złego acz uroczego brata Damona czy też może na seksownego nauczyciela historii Alarica? ach och ech uch!!!
http://www.filmweb.pl/serial/Pami%C4%99tniki+wampir%C3%B3w-2009-502112

Drugi serial, który całkiem niedawno zaczęłam oglądać, to Czysta Krew [Tru Blood]. Zobaczyłam dopiero kilka odcinków, ale wydaje mi się, że jest niezły. Ale może to dlatego mi się podoba, że dużo tam piją, klną i ciągle uprawiają ostry seks? Tak, to pewnie o to chodzi... Taki swojski klimat :D
Para głównych bohaterów to [jak łatwo się domyślić] wampir i zwykłe dziewczę z małego miasteczka, tylko że dziewczę umie czytać w myślach, a wampirzych myśli nie słyszy i ją to kręci. Póki co najciekawsze postaci dla mnie to brat głównej bohaterki, erotoman Jason i jej najlepsza przyjaciółka Tara, istota o bardzo ciętym języku.
http://www.filmweb.pl/serial/Czysta+krew-2008-399264

Zarówno jeden jak i drugi serial są na podstawie książek, które powstały już jakiś czas temu. Może kiedyś uda mi się je przeczytać, bo mimo wszystko nadal przedkładam słowo pisane nad obraz.

Tak się zastanawiam: czy niejaka Stefa M. nie zgapiła motywu z czytaniem w myślach od pani, która napisała Czystą Krew?
Tak, wiem, ogarnęła mnie zmierzchomania. Ale jakoś mi to szczególnie nie przeszkadza, bo mam z tym niezłą zabawę i postanowiłam zostać lokalnym zmierzchoekspertem.
Np. analiza życia erotycznego Belli i Edka sprawiła, że postanowiłam napisać porno-Zmierzch, bo Stefa wszystkie szczegóły pomija, pisze tylko o tym, jak to Bella jest ciagle napalona i nieustająco próbuje przelecieć Edka.
I mamy kolejny problem do rozwiązania. No pomyślcie, jeśli Edek się cały błyszczy, jest zimny i twardy, to znaczy, że jego [nie bójmy sie tego słowa!] penis też taki jest. Więc może trzeba wykazać trochę przedsiębiorczości i zacząć produkować Edko-wibratory? Takie brokatowe.

Btw polecam książkę "Zmrok" Harvarda Lampoona, czyli parodię Zmierzchu. Wszystkie standardowe teksty Stefy przerysowane i wyśmiane, cudo. Przykładowo główny bohater, czyli Edwart, błyszczy się i iskrzy w słońcu, ponieważ... ma koszulę wyszywaną diamencikami.

[seriale do zobaczenia na: http://iitv.info/ ]

sobota, 7 sierpnia 2010

tornado

Dziś przez mój mały, kochany, niezasięgowicki żółty domek z brązowym dachem przeszło tornado. Tornado pod postacią czteroletniej rudej dzieweczki i dwuletniego blond przystojniaka [plus opiekunowie, aczkolwiek ci znaczących szkód nie uczynili]. I nawet już nie mam siły pisać o tym, co tu się działo, wręcz radość mnie ogarnia, gdy pomyślę, że obyło się bez ofiar w ludziach. Cóż, jakiekolwiek kiełkowanie instynktu macierzyńskiego zostało dziś skutecznie zahamowane:]
Mogłabym zanucić hepisedową pieśń "dzień, który zaczął się marnie, marnie skończy się...", co robiłam dziś rano, pełna złych przeczuć, gdyby nie fakt, że jest mi teraz błogo i radośnie. A jest mi tak z powodów wielu:
1) małe diablątka już pojechały
2) burdel za wielki się mimo wszystko nie zrobił, więc nie trzeba za wiele sprzątać
3) rodzice diablątek przywieźli pyszny biały wermut
4) zrobiono rodzinne party ogrodowe, rozpalono grilla, nakarmiono mnie i napojono ww wermutem i tyskaczem
5) było mi dane obserwować dzikie i radosne tańce w wykonaniu mojej czasem wkurwiającej, acz ukochanej rodziny [przekrój wiekowy od 2 do 60]
6) za chwilę sobie zapalę

Ament.

środa, 4 sierpnia 2010

o Edku raz jeszcze...

I wychodzi na to, że znów będzie o Edku Culanie i Zmierzchu.
A wszystko przez to, że szanowna pani autorka tej cudnej sagi jest ogromną fanką MUSE, o czym wspomina przy każdej nadążającej się okazji. Wiec mamy MUSE w podziękowaniach, w dedykacjach i znów w podziękowaniach jako natchnienie do każdej ze scen w książce (sic!). Aż krew człowieka zalewa, jak tak dobra muzyka mogła natchnąć do napisania takiego bełkotu.
Jakby tego było mało, każda z kolejnych części filmu ma na ścieżce dźwiękowej jakiś utwór MUSE. A trzecią nawet promuje specjalnie w tym celu napisany kawałek [nawiasem mówiąc, świetny].
Ale to oczywiście jeszcze nie powód, żeby się wkurwiać. Wkurw się pojawia, gdy siedzę sobie na jutubie i oglądam nagrania z koncertów MUSE, jarając się, że niebawem sama na taki się wybiorę, a w komentarzach ciągle i ciągle Edek i Zmierzch, Zmierzch i Edek. Podobnie na stronach z wrzuconymi tekstami piosenek czy czymkolwiek innym okołomuseowym. To smutne, że całej masie ludzi ten zespół kojarzy się jedynie z Culanem. Tak być nie powinno.
Jasne, oczywiście to dobrze, że chłopcy się wypromują w USA, gdzie do tej pory byli mało znani. Ale kurwa za jaką cenę!
Mimo całej mojej sympatii do Zmierzchu [wynikającą nie wiadomo z czego] nie mogę strawić musemanii wśród edwardofanów.

Na koniec świetna pieśń promująca Zaćmienie stworzona by MUSE, osoby o słabych nerwach powinny zamknąć oczy, bo w teledysku jest Edek i Bella i w ogóle cała reszta:
http://www.youtube.com/watch?v=MTvgnYGu9bg

wtorek, 3 sierpnia 2010

o Edku Culanie

Przeczytałam ostatnio całą sagę Zmierzch i sama nie wiem co mam o tym myśleć.
Wszyscy mówili mi, że to beznadziejna książka i jeszcze bardziej beznadziejny film, ale chciałam się sama o tym przekonać i mam za swoje.
Film rzeczywiście jest okropny, począwszy od smętnej Belli z nieustająco otwartymi ustami a skończywszy na wilkach, które są gorsze niż te w ekranizacji Akademii Pana Kleksa. Właściwie, to nie wiadomo o co w tym filmie chodzi i dlaczego bohaterowie zachowują się tak idiotycznie. Ale mimo to, przyznaje się bez bicia, chętnie zobaczę kolejne części, gdy tylko je nakręcą. Bo ubaw jest po pachy, zwłaszcza, gdy film ogląda się w dobrym towarzystwie;)
A książka... cóż... Na początek poświęciłam chyba pół godziny, żeby wyobrazić sobie Edwarda jako przystojnego, bo niestety ciągle pojawiał mi się przed oczami Patison, który wygląda, jakby go w dzieciństwie bili pokrywką po twarzy. Już nie mówiąc o jego narysowanej w paincie klacie, cholera, przecież miał być wysportowany a nie taki... taki... yh nawet nie wiem jak to określić. W każdym razie wyparcie z głowy Patisona było konieczne, żeby przez cztery tomy przebrnąć w miarę bezboleśnie [inne postaci też poddałam korekcie, ale nie było z nimi aż tak źle jak z Edzikiem].
Niestety muszę przyznać, że przez pierwsze dwa tomy byłam naprawdę "zassana" przez tę książkę. Co ja poradzę na to, że nawet najbardziej smętne, melancholijne i debilne historie miłosne mi się podobają. I dlatego właśnie wydawało mi się, że rozumiem fascynację tych wszystkich fanek, bo to takie urocze low story. Ale na szczęście przyszło opamiętanie;)
W sumie to cieszę się, że na początku nie zwracałam uwagi na styl pisana S. Mayer i że jakoś wymykały mi się debilizmy w tłumaczeniu, dzięki temu przez jakiś czas całkiem miło mi się to czytało. Wystarczy popatrzeć na Szfesterkę, która od samego początku była wyczulona na te smaczki i w bólach przebrnęła przez tom pierwszy.
Podejrzewam, że wypowiedzi postaci w książce są stylizowane tak, żeby wyglądało to na stary, nieobowiązujący już sposób mówienia [Edek ma przecież ok. 100 lat a Bella nie zachowuje się jak normalna nastolatka, ma starą duszę], ale w polskim tłumaczeniu ta stylizacja to totalna klapa. Przykłady: Bella GWARZY ze znajomymi, ma UTYTŁANE błotem dżinsy, PĄSOWIEJE i GRUCHA do Edka, DYSZY i SAPIE jak ją Edek chce całować, przechodząc koło magazynów patrzy na ich ODRZWIA a Edek moi coś o ANNAŁACH. Już nie mówiąc o błędach stylistycznych i gramatycznych. Wygląda to tak, jakby ta książka nie przechodziła przez jakąkolwiek korektę. Cóż, jakoś nie wróżę świetlanej kariery tej pani tłumacz.
Ech, szkoda szkoda... Przecież można było trochę więcej popracować nad tymi postaciami, żeby wampiry rzeczywiście były mądre jak na starców przystało, żeby Bella nie zachowywała się jak skończona idiotka, żeby nie było błędów merytorycznych... No i nie powinno się kończyć aż tak sielankowo i telenowelasto [Edzik najpierw widzi erotyczne myśli Jackoba z Bellą w roli głównej, a potem okazuje się, ze to jednak córka Edka i Belli jest mu pisana, więc sobie żyją wesolutko i wiecznie wszyscy razem, ble!]

Wniosek: Zmierzch jest dodupny i przyznaję to mimo szczerych chęci przekonania się do niego. Gdyby ta cała Mayer napisała to choć trochę lepiej, można by polecać tę książkę jako lekki i przyjemny odstresowywacz, który pozwala odpocząć mózgowi po wysiłku. A tak to mogę jedynie ostrzegać: po czterech tomach czułam się jak zupełnie mózgu pozbawiona.