środa, 6 kwietnia 2011

no sound but the wind

Zbieram się już od jakiegoś czasu, by napisać o tym, co moim zdaniu w sadze "Zmierzch" najlepsze, czyli o soundtracku. Czasu na to jakoś brak i teraz z nagłej wewnętrznej potrzeby napiszę o zaledwie jednym jego fragmencie, piosence zespołu Editors.

Znałam niektóre z ich piosenek, lecz dopiero trzecia [i póki co ostatnia] z ich płyt przekonała mnie do nich całkowicie. Koniec roku 2009 upłynął dla mnie pod znakiem wielkiego zakochania w ich muzyce i nadrabiania zaległości. A krakowski koncert... cóż, uznałabym go za idealny, gdyby nie fakt, że byłam na nim sama i nie miałam z kim na świeżo dzielić się wrażeniami oraz radością [taaaaak, byłam wtedy skłonna wyznawać dozgonną miłość Thomasowi Smithowi, on ma taki głos... ]. Teraz poświęcam Editorsom mniej uwagi, ale moje uczucia pozostają niezmienne;)

Gdy dziś wracałam do domu po pełnym wrażeń dniu, próbowałam dodać sobie energii słuchając energetycznej muzyki. I znów [co już chyba weszło w zwyczaj] moja empetrójka zaskoczyła mnie dawno nie słuchaną piosenką. Editors- "No sound but the wind", kawałek służący jako tło do zekranizowanych perypetii Edka i Belli. To jeden z tych utworów, które nigdy mi się nie nudzą, moim zdaniem bardzo, bardzo dobry.

Słuchając tej piosenki, uświadomiłam sobie, że już od dawna nie miałam okazji/czasu na muzyczny relaks. Ot, słuchanie i tylko słuchanie, swobodny przepływ myśli i marzenia. Chyba ostatnio za dużo mam na głowie.

Pora więc rozsłuchać się i rozmarzyć. Na 3 minuty i 50 sekund zapominam o tym, że świat jest zły i niesprawiedliwy, ludzie kłamliwi i interesowni. I nie chodzi o cycki, penisy, seks i kasę, ale o to, żeby bury swoją face na czyimś shoulder.