niedziela, 21 listopada 2010

łykend

Chyba nigdy mi się nie znudzi chodzenie do Karpia. Ta knajpa ma w sobie coś, chociaż naprawdę nie wiem co to może być. Jest obleśna, śmierdząca i przez długi czas zamiast piwa sprzedawali tam napój karpiany, dla zmylenia nazywany warką.
Napój karpiany, który smakował gorzej niż siki pomieszane ze zlewkami. A jednak, cholera, jednak się go piło!
I chociaż knajpa się zmienia, już nie ma stałego grona ludzi tam przychodzących, których znałam z widzenia, muzyka też nie zawsze jest taka jak kiedyś, to jednak ciągle jest Karp, miejsce gdzie można mieć ubaw po pachy i gdzie zbierają się chyba największe pojeby.
I nie inaczej było w piątek.
Na początku trochę pustawo, z większym zagęszczeniem w sali dla palących [na szczęście parkiet jest tam, gdzie wolno palić].
A potem się zaczęło...
Mistrzowie wieczoru to:
-> Sławomir Mrożek [lub jego sobowtór, młodsze wcielenie], wypisz wymaluj on, w takim zajebistym swetrze, jak z lumpeksu, za dużym i rozciagnietym. Poprosił mnie do tańca [do tanga zapewne] a ja, głupia głupia głupia, odmówiłam.
-> Dwaj uroczy chłopcy. Jeden w niebieskiej koszulce średnio obcisłej i drugi w białej, takiej jak od dresiku, zapinanej na zamek, która z przodu miała błyszczący, srebrny nadruk. I gdy wpadał w ferwor tańca, to zamaszyście rozsuwał zamek. Bosssko! Oni nie byli metroseksualni, oj nie! Wyglądali jak gejowska para. I ci oto chłopcy postanowili wyrwać Szfesterkę i mnie. Nosz kurwa. Sposób na to mieli genialny, erodance z krzesłem, które stało przy naszym stoliku :D ale najlepszy był tekst, którym zarzucił ten w białym, gdy nie chciałyśmy z nimi tańczyć: "Nie wiem co sie stało z polskimi kobietami!".
Otóż, kurwa, nic się nie stało! Raczej co się stało z polskimi facetami?! Dlaczego aż tak zniewieścieli? I doprawdy nie uważam za coś dziwnego faktu, że faceci w obcisłych trykocikach mnie śmieszą a nie pociągają.


Wczoraj odbyła się pierwsza edycja przeglądu zespołów rockowych KrakRock. Udałam się tam radośnie na występ Mindfield. Znowu sama. Ale w konkursie brał też udział zespół ze stron rodzimych, czyli Okinekopeszte, dzięki czemu nie byłam zmuszona spędzać tych cholernie irytujących przerw na zmianę sprzętu w samotności.
Ogólnie bardzo fajna impreza. Moim zdaniem jej głównym minusem była zbyt słaba promocja. I dlatego na publiczność składali się właściwie tylko znajomi poszczególnych kapel. Pod tym względem zdecydowanie przodowali The Redskiss, a podczas występu Mindfield serce mnie bolało, że tak mało osób przyszło tam dla nich.
Ech... do samego końca kibicowałam Mindfield, a wygrali moi znajomi, czyli Okinekopeszte. Oczywiście bardzo się ucieszyłam, myślę, że słusznie otrzymali to największe tego dnia wyróżnienie. Może nie jest to muzyka jaką kocham, ale dali naprawdę dobry występ. Ale równocześnie było mi przykro, że to jednak nie moi ulubieńcy zgarnęli wygraną.
A od Mindfield dostałam EPkę:) Dziękuję, dziękuję, dziękuję!!! Cieszę się nią jak dziecko. Chociaż nie. Bardziej jak rozhisteryzowana nastolatka :D
Więc na koniec, niech zagra Mindfield!

05. Mindfield - Shine

czwartek, 18 listopada 2010

Połowa listopada a śniegu ani widu ani słychu. Interia twierdzi, że w najbliższą środę zrobi się przymrozkowo i moja tęsknota za śniegiem zostanie ukojona, ale jakoś im nie wierzę. Poza tym pewnie spadnie go tak mało, że od razu się roztopi...
Za to zrobiło się mgliście i deszczowo. Taka "miękka" pogoda. Bo mgła rozmazuje kształty i kolory. A planty wyglądają zupełnie jak na obrazie Wyspiańskiego. I jadąc tramwajem szczerzę do nich zęby, wbrew niezadowoleniu z pogody współpasażerów.





Niestety na wyczekiwany koncert 30stm w Warszawie jednak nie pojadę. Chyba, że nagle, niespodziewanie, abrakadabra znajdę sponsora albo 500zł. Nie ma co kryć, przykro mi z tego powodu.
Ale ale! Jest i coś na pocieszenie! W sobotę koncert Mindfield! Dzięki bogom za fejsbuka, gdyby nie on, to pewnie bym przegapiła, a to byłoby już za wiele;)
I kto wie, może ten sobotni koncert da mi więcej radochy niż Jared... taaak... To naprawdę bardzo prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wrażenia z ich występu.

piątek, 12 listopada 2010

moja małpa

moja małpa wie jak naprawdę ze mną jest
patrzy w oczy tak, jakby znała mnie od lat
kiedy jest mi źle, opowiada różne dziwne historie


Tak, tak. Moja Małpa jest istotą mądrą niezwykle i rzekła mi: ODSTAW BEATĘ!
I rację ma Moja Małpa, bo Beata może mieć na człowieka zły wpływ, rozczulać zbytnio może, wzruszać, do nakręcania się skłaniać. A to nie jest dla mnie [przynajmniej teraz] dobre.
Więc słucham Mojej Małpy, chociaż żal tak Beatę z empetrójki wyrzucać. Lecz rozumiem, rozumiem słusznosć argumentacji.

Miast Beaty radosnych pieśni słuchać mi nakazano. Zero smęcenia.
No to sru!

wtorek, 9 listopada 2010

uwaga, uzewnętrzniam się

Mimo szczerych chęci nie udało mi się zapanować nad mętlikiem w głowie. A mętlik ów bierze się z tego, że lekko podekscytowana robię sobie jakieś tam nadzieje, których spełnienie jest wątpliwe. I zirytowana na siebie, żem taka naiwna, usiłuję przywołać swój rozsądek, a nawet pesymizm i cynizm.
Więc mętlik, lalala.

Parę dni temu miałam przyjemność przeżyć jedną z najbardziej magicznych chwil w moim życiu. Zupełnie z zaskoczenia. Taką, której chciałoby się nigdy nie zapomnieć. I gdy o tym myśłę, to do głowy przychodzi mi piosenka Erasure "Always" [wiem wiem, gra robot unicorn attack, ale tym razem ma ona dla mnie zupełnie inne konotacje]. Bo "Always" jest w swoim brzmieniu magiczna właśnie, kiczowata też, ale przecież ja wielbię kicz.

A teraz najbliżej mi do piosenki ""W moim ogrodzie", totalnego klasyka grupy Daab, o czym nie miałam pojęcia, dopóki ma empetrójka pieśni tej nie podrzuciła mi przypadkiem. Nie jest to zbyt radosny kawałek [na pewno nie tak jak "Always";)] i nastraja jak nastraja. Planowałam więc zażarcie całej czekolady i oglądanie jednego ze skutecznie poprawiających humor filmów.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zadzwonił telefon. A odebrawszy usłyszałam męski głos, który rzekł mi, że za dwie godziny idę na piwo w niezwykle dobrym towarzystwie:)





środa, 3 listopada 2010

dobra trwała nie jest zła

Ach! Lata 80.!!! Te ciuchy! Ta biżuteria! Te kolory! Te włosy! I wreszcie: TA MUZYKA!
Mężczyźni z tapirem i trwałą na zawsze pozostaną bliscy memu sercu. A najwiekszym afektem darzę chyba Nika Kershawa. Dlaczego? Wystarczy zobaczyć teledysk do piosenki "the riddle" i wszystko jasne:)

Więc niech będzie. "The riddle" i inne muzyczno-fryzurowe cuda:




mój ulubieniec nr.2, czyli Morten Harket i a-ha




wbrew pozorom Limahl to nie tylko "never ending story;)




Savageeeee... mmmm... ten rzemyk... nosiło się tak, nosiło... i ten komputer w klipie:)




W tym teledysku Bono niestety nie ma trwałej, ale cóż, piosenka to klasyk
poza tym ma tyle samo lat co ja



a na koniec dwa tapiry dla Chrupki



wtorek, 2 listopada 2010

piosenka na teraz

Są takie piosenki, których teksty są o czymś. To coś więcej niż dobrze rymujący się tekst: "ja cię kocham, ty mnie nie, je je je".
Czasem przez taką piosenkę łatwiej powiedzieć co się myśli i czuje. Tak mniej inwazyjnie, bez narzucania się.
Jeśli ktoś chce, to posłucha tekstu i zrozumie. Jeśli nie, to posłucha muzyki bez [być może zbędnego] zagłębiania się.
I ja mam taką piosenkę na teraz, dosyć długawe teraz.

I got it bad
You don't know how bad I got it
You got it easy
You don't know when you got it good
It's getting harder
Just keeping life and soul together
I'm sick of fighting
Even though I know I should
The cold is biting
Through each and every nerve and fibre
My broken spirit is frozen to the core
Don't wanna be here no more