wtorek, 20 marca 2012

tavasz

Stało się. Dziś rano. O 6:14. Na dwie minuty przed okrutnym obudzeniem mnie przez budzik.
ROZPOCZĘŁA SIĘ WIOSNA!
Już oficjalnie można nosić baletki, cienkie rajstopy i kuse kurteczki. To nic, że rano i wieczorem jeszcze bywa zimno i można porządnie zmarznąć. Jest wiosna, można zrzucać zimowe warstwy ciuchów, więc wszyscy ochoczo to robią.
Lubię wiosnę, bo nastraja optymistycznie. Robi się coraz cieplej i słoneczniej. Ptaszory świergotają o świcie i dzięki temu trochę mniej smutno, gdy człek musi wcześnie wstawać (a jeszcze milej przy tym świergocie wracać z imprezy :P). Roślinki zaczynają zielenieć i można rzeżuszkę sobie wyhodować na parapecie. Ech, sama radość. A do tego kurczaczki i pisanki :) 
Najlepsza rzecz w wiośnie to temperatura. Jest ciepło, ale nie gorąco (jak latem). Nie cierpię upałów, prażące słońce zdecydowanie nie jest dla mnie. Co więcej, gdy jest zbyt gorąco, to się człowiekowi źle przytula, bo wtedy jest jeszcze goręcej. Czy wy wiecie jak ja wtedy cierpię? Przecież przytulanie to jedna z najlepszych rzeczy na świecie ;)

Jutro początek kalendarzowej wiosny i dzień, a którym można oficjalnie iść na wagary. Naszła mnie dziś smutna refleksja, że chodząc do szkoły nigdy nie skorzystałam z tej okazji. Winna jest moja szkoła, która w ten dzień zawsze oferowała jakieś ciekawe rozrywki. Niby jak iść na wagary, gdy występuje się w przedstawieniu na Przeglądzie Małych Form Teatralnych? Przecież to mogła być szansa na rozpoczęcie kariery aktorskiej i za zostanie celebrytką (chociaż nie, do tego drugiego wystarczy się nazywać Zielona Budka, czy jakoś tak).

Na koniec krótkie spostrzeżenie po weekendzie spędzonym na kasie w markecie: przybycie wiosny można uznawać za pewne, gdy ludzie w większej ilości niż zwykle kupują piwo, grille, węgiel i kiełbachę.

Na wiosnę życzę wszystkim zakochania się. Koniec.

piątek, 2 marca 2012

Z pracą teraz bywa różnie, więc gdy "mój market", w którym pracuje od paru miesięcy, nie oferował satysfakcjonującej mnie liczby wolnych zmian (ergo nie oferował keszu), przeniosłam się na kasę do innego. I niby to wszystko sieciówka, te same produkty, promocje i kody na bułki. A jednak w każdym jest trochę inaczej. Można powiedzieć, że to kwestia przyzwyczajenia, ale irytuje mnie fakt, że szafki w szatni nie mają zamykania. Teoretycznie więc, ktoś może ukraść moje schodzone, nieco brudne błotem buty, albo bułkę, która czeka, aż będę mieć przerwę i ja wcząchnę. W ogóle wszystko w tym sklepie jakieś takie krzywe.
Ale dziś postanowiłam zaprzestać narzekania. Byłam w na zakupach i obsługiwał mnie niesłyszący chłopak. Tak sobie pomyślałam, że on to dopiero musi mieć ciężko, żeby to ogarnąć. Brak kodów, drobnych i zacinanie się kasy- do poradzenia sobie z tym wszystkim używa się przecież telefonu. Z jedną rzeczą na pewno nie ma problemów- nie słyszy tego męczącego hałasu w tle, z reklamami i radosną muzyką zachęcająca do zakupów, no i nie słyszy jak wzburzeni klienci podnoszą głos.

A tak poważnie- podziwiam tego człowieka, serio.