Podobno ludzki organizm jest na tyle sprytny, że sam sygnalizuje czego mu potrzeba. Jeśli więc czujesz, że zabijesz za kawałek czekolady, mięsa czy czegokolwiek innego, to powinieneś to zjeść. Nie wiem jak to działa i ile w tym prawdy, ale do tej pory podążałam za "głosem ciała" i było wszystko ok.
Ostatnio jednak jestem zaniepokojona tym, co się ze mną dzieje. Mój organizm w zastraszający sposób sygnalizuje mi, ze brak mu alkoholu i nikotyny. Ciągle. Pewnie w jakiś sposób jest to moja autosugestia. Smutno mi, więc chcę się upić, wypłakać i zapomnieć. Ale najgorsze jest to, że gdy już zasiadłam sam na same z butelką wermutu, to z planu nic nie wyszło. No sorry. Normalnie dwa kieliszki i jestem wstawiona. Wypiłam litr. Sama. I nic. Trzeźwo i smutno.
Najwyraźniej moje aktualne smutki i zmartwienia nie dadzą się zatopić byle winem.
Te same smutki i zmartwienia podsuwają mi do głowy dziwne myśli. Doszłam na przykład do wniosku, że muszę mieć wmontowany w waginie jakiś radar czy czujnik, który sprawia, że trafiam na samych popieprzonych facetów. Musi być coś, co sprawia, że garną do mnie niedojrzali, egocentryczni, w większości zajęci faceci. Cholera, co jest ze mną nie tak?
Bo przecież to nie jest tak, że wszyscy faceci są popieprzeni, prawda? Nie może tak być. Gdzieś są ci odpowiedzialni i troskliwi. Ci, dla których miłość to miłość, a nie seks. Nie byłoby rozsądne wierzyć w bajki, w to, że ja będę sobie siedzieć w mojej wieży piłując paznokcie, a któregoś dnia pod okno przybędzie zajebisty prins of czarming. Przyjdzie, spojrzy, zakocha się i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Jednak przecież mężczyźni to nie zwierzęta podążające tylko za głosem żołądka i penisa. Mają też uczucia, prawda?
Może jest tak, ze niektórzy ludzie nie powinni się nigdy z nikim wiązać. Jednak ciężko mi tak myśleć o sobie.
Bez gruntu pod nogami, nadal.