wtorek, 30 kwietnia 2013

potrzeba picia

Podobno ludzki organizm jest na tyle sprytny, że sam sygnalizuje czego mu potrzeba. Jeśli więc czujesz, że zabijesz za kawałek czekolady, mięsa czy czegokolwiek innego, to powinieneś to zjeść. Nie wiem jak to działa i ile w tym prawdy, ale do tej pory podążałam za "głosem ciała" i było wszystko ok.
Ostatnio jednak jestem zaniepokojona tym, co się ze mną dzieje. Mój organizm w zastraszający sposób sygnalizuje mi, ze brak mu alkoholu i nikotyny. Ciągle. Pewnie w jakiś sposób jest to moja autosugestia. Smutno mi, więc chcę się upić, wypłakać i zapomnieć. Ale najgorsze jest to, że gdy już zasiadłam sam na same z butelką wermutu, to z planu nic nie wyszło. No sorry. Normalnie dwa kieliszki i jestem wstawiona. Wypiłam litr. Sama. I nic. Trzeźwo i smutno.
Najwyraźniej moje aktualne smutki i zmartwienia nie dadzą się zatopić byle winem.
Te same smutki i zmartwienia podsuwają mi do głowy dziwne myśli. Doszłam na przykład do wniosku, że muszę mieć wmontowany w waginie jakiś radar czy czujnik, który sprawia, że trafiam na samych popieprzonych facetów. Musi być coś, co sprawia, że garną do mnie niedojrzali, egocentryczni, w większości zajęci faceci. Cholera, co jest ze mną nie tak?
Bo przecież to nie jest tak, że wszyscy faceci są popieprzeni, prawda? Nie może tak być. Gdzieś są ci odpowiedzialni i troskliwi. Ci, dla których miłość to miłość, a nie seks. Nie byłoby rozsądne wierzyć w bajki, w to, że ja będę sobie siedzieć w mojej wieży piłując paznokcie, a któregoś dnia pod okno przybędzie zajebisty prins of czarming. Przyjdzie, spojrzy, zakocha się i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Jednak przecież mężczyźni to nie zwierzęta podążające tylko za głosem żołądka i penisa. Mają też uczucia, prawda?

Może jest tak, ze niektórzy ludzie nie powinni się nigdy z nikim wiązać. Jednak ciężko mi tak myśleć o sobie.

Bez gruntu pod nogami, nadal.


czwartek, 25 kwietnia 2013

przeciąg trzaska złudzedniami

Roczne przerwy w pisaniu bloga chyba weszły mi w krew. To wszystko wina czasu. Czasu, który ucieka z taką prędkością, że ostatni rok minął niemal jak jeden krótki miesiąc.
Oto wiec jestem, pani magister etnolog, lat 26, walcząca z niechcącym wejść do głowy węgierskim i estońskim  Do tego trzeba jeszcze dodać mało ambitną, lecz cholernie męczącą pracę sześć razy w tygodniu i świeży, bolesny powrót do świata singli. 
Od miesiąca mam wrażenie, że nie panuję nad tym co się dzieje w moim życiu. Jem, śpię i chodzę do pracy, lecz wydaje mi się, że poza tym nie żyję. Myślę. O przeszłości i o planach na przyszłość. Wspomnienia, nawet te dobre, sprawiają, ze zanurzam się po uszy w melancholii. I nie pozostaje nic więcej  tylko się upić.  Myślenie o przyszłości jest straszne. No dobra, mam tam jakieś plany, jakieś cele, ale jestem przerażona tym, co muszę zrobić. Niesamowicie boję się, że sobie nie poradzę.
Żyjąc tym co było wcześniej i tym co być może będzie w przyszłości  tak naprawdę nie żyję prawdziwie. Bo przecież jedyne co mamy, jest tu i teraz, prawda?
Najtrudniejszą sprawą, której nie potrafię ułożyć w głowie jest rozstanie z chłopakiem po ponad dwóch latach bycia razem. Myślałam że będzie to o wiele łatwiejsze, bo to ja podjęłam tę decyzję  Ale myliłam się i to bardzo. Mam wrażenie, ze straciłam grunt pod nogami. I co z tego, ze jestem całkowicie przekonana o słuszności mojej decyzji, skoro czuję się paskudnie. 
Trzeba na nowo nauczyć się, jak to jest być samemu. Nauczyć się, bo gdzieś po drodze tak bardzo zaangażowałam się w związek, że zapomniałam kim jestem i czego chcę.
Wróciłam do dawno nieoglądanego serialu, czyli do Seksu w wielkim mieście. Oglądam z zupełnie innym podejściem niż kiedyś. Oglądam i czuję się jak Carrie czy jedna z jej koleżanek. Różnica polega jednak na tym, ze zamiast NY mamy Kraków. A zamiast kupowania ciągle nowych szpilek za 500 dolarów, mamy trampki za 50 złotych. Ale serial jest serialem, wiem co będzie dalej, wiem, że wszystko dobrze się kończy. A tego, niestety, nie mogę powiedzieć o moim życiu.