sobota, 10 grudnia 2011

miał być zabawny tekst o zimie i świętach, a wyszło co wyszło...

Jestem bardzo zaniepokojona grudniową aurą w tym roku. No bo co to niby ma znaczyć, że już 10 grudnia, a grud ani widu ani słychu. już nie mówiąc o puszystym i skrzącym śniegu, który by na nie malowniczo prószył. Jest strasznie, niby całkiem słonecznie, ale wiatr piździ zacinając w twarz deszczem. Deszczem! W grudniu!
Jedyny śnieg jaki do tej pory widziałam, to taki w spreju, w sklepie.
No właśnie. Sklepy. Oczywiście już od 3 listopada wszędzie zaczęła się świąteczna gorączka, ale tak na prawdę  nabrała siły jakoś w okolicach 6. Wtedy to wszyscy rodzice, dziadkowie i wujkowie prześcigali się w kupowaniu pociechom zabawek i słodyczy (wiem, widziałam, kasowałam to wszystko będąc w pracy i dzielnie się uśmiechając, gdy wymarzona zabawka- tu pytanie: dziecka, czy rodzica- nie miała kodu).
Cóż, teraz trudno przejść przez miasto, by nie natknąć się na choinki, lampki, bałwanki, mikołaje i świąteczne melodie. Zapewne wiele osób powie, że to kicz, kicz i jeszcze raz kicz ociekający kiczem tak bardzo, że aż się robi kiczowata kałuża wokół niego. No dobra, niech będzie, ale czy znajdzie się ktoś, kto ani trochę, ani ociupinkę tego nie lubi. Hm?
Niby wszyscy mają dosyć Last Kristmas w wykonaniu Dżordża Majkela, ale przecież gdyby ludzie tego nie lubili, to nikt nie byłby na tyle głupi, by to puszczać w radiu. Kolejne trudne pytanie z mojej strony: wyobrażacie sobie święta bez przeboju Wham?? Ja nie.
Lubię Święta Bożego Narodzenia, nawet jeśli już prawie nikt nie pamięta o co w nich chodzi od strony wiary i Kościoła. Lubię je, bo w tym czasie (być może tylko pozornie- ale co tam! chcę w to wierzyć) ludzie są bardziej otwarci, bardziej dla siebie mili i częściej sie do siebie uśmiechają. Dla mnie to taki czas, gdy na przemian albo wpadam w euforię i czuje się przepełniona miłością do całego świata, albo pogrążona w czarnej rozpaczy niemal płaczę nad zaplątanymi światełkami choinkowymi i przypalającym się makowcem. To też czas, w którym chciałabym wszystkim ważnym ludziom w moim życiu powiedzieć jak bardzo ich kocham, jak wspaniałymi osobami są i jak niesamowicie się cieszę, że miałam okazje ich poznać (często tylko o tym myślę, lecz nic nie mówię, głupiam). Święta to czas rodziny i przyjaciół. Jak dla mnie to wcale nie te niespełna trzy dni począwszy od wigilijnego wieczoru. Nie. Święta, to ten cały okres przed Wigilią. Podróż do domu, przygotowywania, pomaganie sobie, kłótnie, obrażanie i godzenie się. Ech... Rozczuliłam się chyba za bardzo;)
Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas, najmagiczniejszy w roku! I z wytrwałością maniaka będę to sobie powtarzać, gdy pójdę do pracy na dzień przed Wigilią i na pewno cały Kurwanów własnie wtedy sobie przypomni, ze musi iść na zakupy bo nie ma karpia, maku, grzybów, proszku do pieczenia, choinki, opłatka, sianka,,, 

W ramach nieco przedwczesnych życzeń świątecznych mała plejlista od Małgorzaty, enjoy:

klasyk


dla wielbicieli tradycji i współczesności


śmiechowo


wzruszająco, przejmująco i na wskroś świątecznie


 dla wielbicielek bojsbendów [dla Chrupki w szczególności]


dwa hity po polsku:)




i jeden po madziarsku, mój ulubiony


a na koniec coś przeze mnie nowo odkrytego



Właśnie sobie uświadomiłam, ze gdyby ktoś puścił mi ten lub inny zestaw świątecznych piosenek, jedna po drugiej, to płakałabym jak bóbr. Już taka ze mnie miękka i płaczliwa istota:]

niedziela, 27 listopada 2011

kryzys

Mam hungarystyczny kryzys. Niby nic strasznego, ale niepokojaco długo mi nie przechodzi. Zaczęło się od mojej sromotnaj porażki podczas kampani wrześniowej, kiedy to moja duma ucierpiała, bo nie zdałam najważniejszego egzaminu. Być na filologii węgierskiej i nie zdać węgierskiego, straszne, czyż nie?
Od tamtej pory straciłam wszelki zapał do uczenia się tego jezyka. Jeżeli wcześniej miewałam czasem wątpliwości, czy wybór tego kierunku był słuszny i nie byłam pewna, czy pisana mi jest kariera tłumacza, to teraz jestem przekonana, ze to był błąd i tłumaczem to ja za cholerę nie będę. Aż chce mi się powiedzieć, że to zmarnowane ostatnie dwa lata, lecz pomimo kryzysu mam na tyle rozsądku, by temu zaprzeczyć. Pod wieloma względami to był świetny czas. 
Ale kryzys kryzysem pozostaje.Gdy myślę o tym, że jestem na hungarystyce, a jeszcze nigdy nie byłam na Węgrzech (sic!) to czuję się podle. Miałam świetny plan, ze pojadę odwiedzić znajomych, którzy wyjechali na stypendium do Budapesztu, tymczasem oni wracają za niespełna trzy tygodnie, a ja wciąż w Krakowie bez cienia szans na to, by w ciągu tych trzech tygodni wyruszyć na Węgry.
W tym momencie chciałabym skupić się jedynie na pisaniu mojej etno-magisterki i każda chwila poświęcona na naukę węgierskiego jest pod jakimś względem dla mnie chwilą straconą. Wszak w tym czasie mogłam się zagłębiać w teksty o folklorze i wieńcach dożynkowych.
I pomyśleć, że rok temu było całkowicie na odwrót.

piątek, 25 listopada 2011

zaczynam od nowa

Nie ma co sobie utrudniać życia, więc (jak w tytule) zaczynam od nowa. Stary blog istnieje i chociaż niektóre posty, które tam zamieściłam uważam teraz za głupie, to jednak jestem do niego bardzo przywiązana. Mam nadzieję, że jakoś rozgryzę problem importowania starego bloga tutaj. jeśli nie, pozostanie mi zamieszczenie jedynie linka.
Stęskniłam się za pisaniem:)

wtorek, 19 lipca 2011

zaległy wpis

Nie mam czasu, nie mam siły i nie piszę. Tymczasem wciąż coś się dzieje i narasta we mnie potrzeba grafomańskiego odreagowania. A pisać miałam zacząć jeszcze gdy trwała sesja, czyli jakiś miesiąc temu...

REFLEKSJE SESYJNE

Pierwszy skumulowany atak egzaminów mocno nadszarpnął moją wiarę we własne siły: „Albo osiwieję, albo ocipieję, albo umrę i mi napiszą na grobie, że to przez sesję”.
Żadna z powyższych rzeczy nie zaistniała. Ocipienie nie większe niż zazwyczaj, siwych włosów brak [chociaż i tak jestem niezadowolona, bo moje kudły wystawione na działanie słońca niepokojąco zmieniają barwę na blond] i jak widać- żyję.

REFLEKSJE WAKACYJNE

Sesja zakończona [z mniejszym bądź większym powodzeniem], więc sruuuu!- na wakacje! No ale sory, ja wakacji nie lubię. Chyba nigdy ich nie lubiłam, pewnie dlatego, że zupełnie nie wiążą się dla mnie z odpoczynkiem, a wręcz przeciwnie, ze wzmożoną pracą.
W tym roku bardziej niż zwykle zabolał mnie powrót do domu na te trzy miesiące. Bardziej niż zwykle odczułam skutki mojej słabej woli i uległości i co za tym idzie, bardziej się zezłościłam. Wreszcie do mnie dotarło, że chociaż metryka głosi, że mam lat 24, to pod niektórymi względami wciąż jestem jak gówniara, całkowicie zależna od innych.

REFLEKSJE LETNIE

Nie lubię lata. Nie wiem, jak można lubić lato. Przecież jest za ciepło! Nie można normalnie funkcjonować, wszyscy się pocą i lepią się tym potem. Nie zawsze można wylegiwać się w cieniu. Trzeba iść w prażącym słońcu i padać ze zmęczenia, i dostawać udaru, i usychać z pragnienia. Zimą można się przytulać, bo to daje więcej ciepła. A latem? Nie ma szans na przytulanie, bo to się może skończyć omdleniem z gorąca miłośników tulenia się. Zimą można się cieplej ubrać, ogrzać przy piecu/ogniu/kaloryferze. A latem? Następuje zawsze taki moment, że już nic więcej nie można z siebie zdjąć, no bo co? Nago będziemy po mieście chodzić?
Latem nie czuję się sobą. Oczy pieką od zbyt mocno świecącego słońca, które na dodatek przypala moją skórę zamiast ją opalać. Od upału wciąż jestem zmęczona i chce mi się spać, marzę więc o zapadnięciu w letni sen. Chociaż i tak nie wiem czy to dobry pomysł, bo gdy jest duszno, to śnią mi się tylko meczące sny w stylu „biegnę, biegnę ale nie mogę uciec”.
Byle do jesieni:|

REFLEKSJE WIEJSKIE

Wieś nie jest zła. O ile się na wsi nie mieszka i o ile się nie pracuje „na roli”. Nie znoszę tego, po prostu nie cierpię i tyle. Nic na to nie poradzę. Tyle lat próbuję się jakoś do tego przekonać, jakoś nastawić się pozytywnie i nie wychodzi.
Gdy wstawałam w tym tygodniu ok. 5 rano, żeby jechać w pole [nim zrobi się gorąco i podostajemy wszyscy udaru- taki sprytny pomysł], to zamiast zajebistością [:->] ociekałam czystą nienawiścią.
Najgorsze jest to, że nawet gdy nie ma nic konkretnego do zrobienia, to trzeba być w stanie ciągłej gotowości, kręcić się gdzieś w pobliżu i udawać, że jednak coś tak pożytecznego się robi. uh. Czas prawdziwie wolny jest jakoś tak w okolicach godziny 21. Zupełnie mnie to nie satysfakcjonuje, bo zazwyczaj poza umyciem się i przeczytaniem kilku stron książki nie mam na nic innego siły. A siedzenie do późna [czyli to co lubię najbardziej, bo tylko nocą dobrze mi się czyta/pisze/uczy/robi cokolwiek] odpada, bo przecież trzeba bardzo wcześnie rano wstać. Wylegiwanie się w łóżku do południa? ZAPOMNIJ!

REFLEKSJE MAGISTERSKIE

Utworzyłam nowy folder na mym tośkowym pulpicie. Nazywa się szumnie PRACA MAGISTERSKA. Uważam, że jest to niewielki krok dla człowieka, ale ogromny krok dla ludzkości. Patrzę na niego i czuję, że oto nadszedł czas, by się ogarnąć. Plan mam ambitny, napisać pracę do końca lutego. Teoretycznie powinno się udać, temat wybrałam całkiem niezły, więc pisanie powinno iść gładko i szybko. Ale to tylko teoretycznie, co z tego wyjdzie w praktyce? Łi łil si.
Zadanie na czas najbliższy: ruszyć tyłek i zacząć zbierać materiały.

piątek, 24 czerwca 2011

Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna, w ten letni tak piękny poranek....

Być może nie jestem do końca zdrowa na umyśle, ale to zdecydowanie mój ulubiony wiersz o miłości. Poważnie.
Bo czy może być coś piękniejszego niż to wyznanie?


PADLINA - Charles Baudelaire

Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,
W ten letni tak piękny poranek:
U zakrętu leżała plugawa padlina
Na scieżce żwirem zasianej.

Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety,
Parując i siejąc trucizny,
Niedbała i cyniczna otwarła sekrety
Brzucha pełnego zgnilizny.

Słońce prażąc to ścierwo jarzyło się w górze,
Jakby rozłożyć pragnęło
I oddać wielokrotnie potężnej Naturze
Złączone z nią niegdyś dzieło.

Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy,
Co w kwiat rozkwitał jaskrawy,
Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy,
Żeś omal nie padła na trawy.

Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra
I z wnętrza larw czarne zastępy
Wypełzały ściekając z wolna jak ciecz gęsta
Na te rojące się strzępy.

Wszystko się zapadało, jarzyło, wzbijało,
Jak fala się wznosiło,
Rzekłbyś, wzdęte niepewnym odetchnieniem ciało
Samo się w sobie mnożylo.

Czerwie biegły za obcym im brzmieniem muzycznym
Jak wiatr i woda bierząca
Lub ziarno, które wiejacz swym ruchem rytmicznym
W opałce obraca i wstrząsa.

Forma świata stawała się nierzeczywista
Jak szkic, co przestał nęcić
Na płótnie zapomnianym i który artysta
Kończy już tylko z pamięci.

A za skałami niespokojnie i z ostrożna
Pies śledził nas z błyskiem w oku
Czatując na tę chwilę, kiedy będzie można
Wyszarpać ochłap z zewłoku.

A jednak upodobnisz się do tego błota,
Co tchem zaraźliwym zieje,
Gwiazdo mych oczu, słońce mojego żywota,
Pasjo moja i mój aniele!

Tak! Taka będziesz kiedyś, o wdzięków królowo,
Po sakramentch ostatnich,
Gdy zejdziesz pod ziół żyznych urodę kwietniowa,
By gnić wśród kości bratnich.

Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko
Toczył w mogilnej ciemności,
Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską
Mojej zetlałej miłości.

środa, 8 czerwca 2011

czytać książki!!!



Czy to trzeba komentować? :D
Ale chyba jestem idiotką, bo choć saga "Zmierzch" zlasowała mi mózg w zeszłe wakacje, to w jakiś sposób mi się podobała. To chyba efekt mojego zamiłowania do kiczu i badziewia.

piątek, 3 czerwca 2011

czwartek, 2 czerwca 2011

fülig szerelmes

Mam nową nastrajającą romantycznie, idealną do wzruszania się piosenkę. Odkryłam ją przypadkiem oglądając serial.
Słucham jej i tak sobie myślę, że jestem fülig szerelmes.
:)


wtorek, 31 maja 2011

dzień bez papierosa

Dzisiejszy popołudnio-wieczór to zły czas. Jakieś głupie myśli, rozkminy i pretensje. Wszystko wyolbrzymione przez z dupy wzięty zły humor.
I nie wiem czemu tak to się wszystko układa, że najłatwiej być niemiłym i złośliwym dla osób, które są najbliższe i którym tak naprawdę chciałoby się mówić tylko same ociekające słodyczą słowa.
Tyle z tego wyszło, że chciałam być przytulona i w przytuleniu przeczekać tę dodupność sytuacji. Ale nikogo, kto mógłby przytuleniem służyć, przy mnie nie było. Została jedynie paczka fajek w dzień bez papierosa.

Czy ja się kiedyś nauczę nie wyolbrzymiać spraw i tak się wszystkim nie przejmować?

środa, 25 maja 2011

ain't no sunshine

Dzień lub dwa dni temu było tak:
Siedziałam w akademiku i próbowałam się skupić na wkuwaniu węgierskich słówek, znudzona i zrezygnowana. I nagle, na chwilę, zrobiło się magicznie. Od podmuchu wiatru w pokoju zapachniało akacją, a jakiś sąsiad z góry, siedząc na balkonie zagrał i zaśpiewał tę piosenkę



Brzmiało niesamowicie. Wyszłam na balkon, zamknęłam oczy, słuchałam i rozpływałam się w pomieszaniu romantyczności, czułości i marzeń. Stałam tak nawet gdy przestał grać, znów negatywnie zaskoczona, że ostatnio brak w moim życiu takich chwil.
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy i przez kogo postanowiłam do minimum sprowadzić romantyczną część mnie. A nawet jeśli tę romantyczność w sobie mieć, to jak najmniej ją okazywać.
Nie wiem gdzie to miało swój początek, teraz widzę tylko efekty. Bo podobno trzeba być twardym a nie "miętkim" i snucie marzeń o miłości takiej for ever to the death nie pasuje do tego hasła.

niedziela, 22 maja 2011

o Agretiss słów kilka

Parę dni temu dowiedziałam się, że jakaś dzieweczka [Agretiss] nie mając pomysłu na własną twórczość blogową, zgarniała fragmenty tekstów od mojej koleżanki. Nie potrafiłam (i nadal nie potrafię) zrozumieć takiego postępowania. bo po jakiego uja mi blog, skoro nie umieszczam tam własnych wpisów?
Żeby było zabawniej, dziewczę to "inspirowało się" także postami z blogów znajomych mojej pokrzywdzonej koleżanki. Gdy opowiadano mi o tej niefajnej sytuacji, zostałam ostrzeżona, iż mój blog też mógł paść ofiarą tej haniebnej kradzieży. Ale pomyślałam, że to niemożliwe. Mój mały, ostatnio zamierający, średnio ciekawy mały blożek? Zdziwiłam się więc co niemiara, gdy po kilku dniach bez internetu sprawdzając pocztę, natknęłam się na maila z przeprosinami i sprostowaniem od bohaterki tego posta.
W tym momencie zastanawiam się, co też mogła sobie ode mnie "pożyczyć". I bardzo chętnie bym to sprawdziła, ale niestety jej blog został usunięty.
Szczerze, mimo zapewnień o nieporozumieniu które dostałam w mailu, usuniecie tamtego bloga to dla mnie przyznanie się do winy [zwłaszcza, że mail traktuje tylko o usunięciu obcych notek].

Cóż mogę rzec na zakończenie? Przecież chociażbym chciała, to nikogo nie zjem za kradzież z mojego bloga. Ale pamiętajcie! Nie wolno tak robić jak osławiona Agretiss! Bo Was bóg ukarze i paluszki którymi robicie kopiuj-wklej Wam uschną i odpadną! Howgh.

środa, 6 kwietnia 2011

no sound but the wind

Zbieram się już od jakiegoś czasu, by napisać o tym, co moim zdaniu w sadze "Zmierzch" najlepsze, czyli o soundtracku. Czasu na to jakoś brak i teraz z nagłej wewnętrznej potrzeby napiszę o zaledwie jednym jego fragmencie, piosence zespołu Editors.

Znałam niektóre z ich piosenek, lecz dopiero trzecia [i póki co ostatnia] z ich płyt przekonała mnie do nich całkowicie. Koniec roku 2009 upłynął dla mnie pod znakiem wielkiego zakochania w ich muzyce i nadrabiania zaległości. A krakowski koncert... cóż, uznałabym go za idealny, gdyby nie fakt, że byłam na nim sama i nie miałam z kim na świeżo dzielić się wrażeniami oraz radością [taaaaak, byłam wtedy skłonna wyznawać dozgonną miłość Thomasowi Smithowi, on ma taki głos... ]. Teraz poświęcam Editorsom mniej uwagi, ale moje uczucia pozostają niezmienne;)

Gdy dziś wracałam do domu po pełnym wrażeń dniu, próbowałam dodać sobie energii słuchając energetycznej muzyki. I znów [co już chyba weszło w zwyczaj] moja empetrójka zaskoczyła mnie dawno nie słuchaną piosenką. Editors- "No sound but the wind", kawałek służący jako tło do zekranizowanych perypetii Edka i Belli. To jeden z tych utworów, które nigdy mi się nie nudzą, moim zdaniem bardzo, bardzo dobry.

Słuchając tej piosenki, uświadomiłam sobie, że już od dawna nie miałam okazji/czasu na muzyczny relaks. Ot, słuchanie i tylko słuchanie, swobodny przepływ myśli i marzenia. Chyba ostatnio za dużo mam na głowie.

Pora więc rozsłuchać się i rozmarzyć. Na 3 minuty i 50 sekund zapominam o tym, że świat jest zły i niesprawiedliwy, ludzie kłamliwi i interesowni. I nie chodzi o cycki, penisy, seks i kasę, ale o to, żeby bury swoją face na czyimś shoulder.


czwartek, 3 marca 2011

DO PĄCZKA

Kształt twój kulisty wabi już z daleka
zapach mąci zmysły
zniewala człowieka

Coś nie pozwala odejść i zapomnieć
stoję przed cukiernią
zaraz mogę omdleć

Kupię cię, o pączku, kupię za dwa złote
i w twym słodkim brzuszku
zęby swe zatopię

Czy jesteś napełnion dżemem czy budyniem
oprószon cukrem
czy w lukru pelerynie

Każdego cię kocham i każdego wielbię
bo w słodkich rozkoszy
prowadzisz mnie głębię

Tyś lepszy niż każda z używek mi znana
lepszy niż alkohol
seks czy marihuana

Dzięki twemu wsparciu więcej mam krągłości
brzuch, biodra i uda
tobie to zawdzięczam, pączku, ma miłości!

wtorek, 1 marca 2011

straszo

Coś mi ostatnio po drodze z azjatycką kulturą. Tu drama, tu piosenka, a tu manga i anime...
I mój nowy ulubieniec. Niestety ani rysunek ani kadr z filmu nie oddają tego, co mi się w nim podoba. Bo najlepiej wygląda w ruchu. Cały jest cudny ale ta twarz... Jest przerażająca [ten wytrzeszcz i uśmiech od ucha do ucha] lecz pełna uroku, którego nie potrafię dokładnie określić.
Zresztą, sami zobaczcie:)







ach zapomniałabym przedstawić tego pana- Ryuk z "Death note" :)

czwartek, 24 lutego 2011

"kiedyś byłam inteligentna a później poszłam na studia"*

Semestr letni czas zacząć!
Żeby było oryginalnie, moja zacna uczelnia postanowiła rozpocząć ten radosny czas w piątek, równocześnie pokazując, że nie ruszają jej przesądy i kpi sobie z porzekadła "piątek zły początek".
Myślę, że początek nowego semestru to dobry moment, by z całą mocą obiecać sobie poprawę. Tak tak, nie ma żartów, trzeba się na poważnie wziąć do roboty. Wyciągnąć średnią na 4,0 [przynajmniej;P], zorganizować stoisko na festiwal nauki, zrobić staż, zebrać materiały do magisterki i rozprzestrzeniać "światełko". Im więcej do zrobienia tym lepiej:) I jeszcze się w międzyczasie zaznajomić z madziarskimi erasmusami.
Aaaaa, już się cieszę:)


*by Ada

wtorek, 8 lutego 2011

Nie lubię poezji. Skutecznie obrzydzono mi ja przez lata nauki. Proza bardziej do mnie przemawia.
Jest jednak jedna poetka, którą wielbię. Gdy sięgam po jej wiersze, to czuję, że czuję. Choć czasem czuję może zbyt mocno i zgubnie.

Z wielu powodów i dla smutków wielu
Chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu.
Zapach tych lekkich, siwozłotych szyszek
Sprowadza mocny sen - zjednywa ciszę.

Gdzieś to czytałam albo mi sie śniło:
"Chmiel na bezsenność, a sen - na bezmiłość.
Poduszke z chmielu gdy sobie umościsz,
Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości"...

poniedziałek, 7 lutego 2011

wiosna w lutym

Wiosna! Wiosna w lutym!
Gdyby to było 14-go, to pokusiłabym się o stwierdzenie, że tę wiosnę sprowadziły gorące uczucia wszystkich zakochanych, którzy mają swe święto. Ale to przecież dopiero za tydzień.
Kocham zimę najbardziej ze wszystkich pór roku, lecz zimowanie w mieście może doprowadzić do depresji. Nawet mnie. I dlatego taka radocha dziś przez cały dzień:) Bo słońce, bo ciepły wiatr, bo błękitne niebo:)
I wreszcie mogłam bez obawy o odmrożenia wskoczyć w trampasy!
A do tego tak się szczęśliwie złożyło, że miałam też dziś pierwszy wiosenny spacer. Takie nieplanowane łażenie po mieście i cieszenie się pogodą. Zupełnie bez celu i właściwie w całkiem niespodziewanym towarzystwie.
Pszę Pana, czy Pan wie, jak mnie spacer z Panem ucieszył? :)

Skoro wiosna to i moja sztandarowa wiosenna piosenka. Bo sama nie wiem co się ze mną dzieje, a wokół tyle muzyki!

Pidżama Porno - Nasze nogi są jak z gumy

środa, 2 lutego 2011

F.T.P.

Dziś rano empetrójka podrzuciła mi piosenkę Comy. Uśmiechnęłam się do niej szeroko i radośnie, bo jakoś tak wyszło, że dawno ich nie słuchałam.
Przez chwilę rozważałam, czy jednak nie chciałabym iść na ich koncert, który będzie w tym tygodniu. W końcu swego czasu nie przegapiałam żadnego z ich krakowskich wystąpień. A moje dwa pierwsze comcerty na zawsze będą dla mnie bardzo ważne, bo zbiegły się w czasie z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. Stały się elementem mojego pokręconego obrzędu przejścia [jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak właśnie jest]. Ale, cholera, nie.
To aż smutne, że dwie ostatnie płyty tego zespołu tak strasznie mnie do nich zniechęciły. Płyty wydane całkiem niedawno, bo pod koniec 2010 roku.
Pierwsza z nich to koncertówka, na której Coma zagrała razem z orkiestrą symfoniczną. Muzyka brzmi naprawdę świetnie, aż chciałoby się posłuchać tego na żywo. Ale niestety wokal im trochę nie wyszedł. Tyle razy słyszałam Roguca na koncercie i zazwyczaj śpiewał lepiej niż na tej płycie. Ale cóż, zdarza się. Ta płyta to w sumie jeszcze nie tragedia.
Natomiast druga płyta to totalna porażka. Moim zdaniem oczywiście. To ona tak mnie odstręcza od ich koncertu, bo nie daj boże coś z niej zagrają. Ta druga płyta to wydawnictwo anglojęzyczne. Większa część tej płyty to stare piosenki zaśpiewane po angielsku, ale zaśpiewane niefajnie. Teksty straciły wszelką głębię i sens, źle brzmią w innym języku, nie pasują do muzyki. Dosłowne tłumaczenie tekstów też nie było najlepszym pomysłem... Dodatkowo bodajże trzy z nich to zupełne nowości [też po angielsku oczywiście]. Trzeba przyznać, że one są całkiem dobre, tekst pasuje do muzyki [a może na odwrót] i ogólnie wpadają szybko w ucho [chyba taki był cel]. Lecz słuchając tych kawałków ciągle zadawałam sobie pytanie: gdzie jest moja Coma? Dlaczego ich piosenki nie są tak jak wcześniej o czymś? Dlaczego jedna z nich to nieustannie powtarzany tekst "fak de polis"?
Huh, zawiodłam się, zawiodłam. Dwie ostatnie płyty wyrzucam z pamięci i czekam na coś nowego. Coś prawdziwie comowego. Coś co sprawi, że znów będę mogła iść na ich koncert tak jak kiedyś. Na muzyczne, moje własne, osobiste katharsis:)

no.

niedziela, 30 stycznia 2011

biedronki

SCENKA RODZAJOWA

występują: Monia, Gosia i zupka chińska

Gosia zalewa wrzątkiem zupkę chińską z biedronki i podśpiewuje: "biedronka ach biedronka"
Monia: Gosia, biedronki nie muszą się uczyć...
Gosia: Zostańmy biedronkami!

KONIEC

Mam kłopocik.

dramy, w których pełno romantycznych scen
+
piosenki o miłości, które same się włączają, gdy ustawiam odtwarzanie muzyki na losowe
=
totalny brak skupienie i niewidzące spojrzenie

Sesja w trakcie, jutro egzamin, a ja się czuję rozmiękczona wewnętrznie jak różowe, gąbczaste 'coś' do jedzenia.

A może to dlatego tak się czuję, że ostatnio pewna niewiasta mnie tym poczęstowała?... Hmmm...

środa, 26 stycznia 2011

Tak się jakoś dziś porobiło, że mi się pomieszała irytacja z euforią. A że jedno i drugie uczucie tyczyły tej samej osoby, to się z tego zrobił burdel w głowie i wkurw.
A na burdel w głowie i wkurw dobrze jest zapalić papierosa.
Wyruszyłam więc w noc do sklepu po fajki, których zawsze zabraknie właśnie wtedy, gdy są najbardziej potrzebne. I dobrą wyprawą była ta.
Zimne powietrze ochłodziło wzburzoną krew, a widok spokojnie padającego śniegu uspokoił. Bo taki śnieg daje do myślenia. Ty się człowieku wkurwiaj i miotaj ile chcesz, a on nadal będzie padał sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic.
Zakupiłam więc moje ulubione fajki i z lżejszym sercem wróciłam do akademika.
Na koniec wyprawy, intuicyjnie jakoś, empetrójka podrzuciła mi piosenkę, która pasuje do tego co teraz myślę i czuję. Z pewnych powodów, cholera, chce mi się śpiewać:

Widzę, że niewiele rozumiesz
z tego co do ciebie czuję
Głośno nie mówię nic a nic
Umiesz schować się w tłumie
Idiotycznych kombinacji
i poharatanych serc



niedziela, 23 stycznia 2011

szwajcowe urodziny

Zupełnie niespodziewanie okazało się, że jestem o kolejny rok starsza. Lecz w przeciwieństwie do ogólnego trendu, by jęczeć nad swoja starością, nie mam zamiaru tego robić. Wręcz przeciwnie. Moja Mama życząc mi dziś wszystkiego najlepszego stwierdziła, że wcale jej się nie podoba, że mam już tyle lat, wolałaby żebym zawsze miała 16-17. A ja za nic nie chciałabym wrócić do bycia nastolatką. Nie chciałabym cofać czasu. Dobrze mi z każdym kolejnym rokiem na koncie, bo wraz z upływem czasu czuję, że jestem coraz bardziej sobą, coraz więcej Gośki w Gośce. Dojrzewam???? Nie, to złe określenie, kojarzy mi się z gruszkami, które gdy dojrzewają robią się coraz bardziej żółte i miękkie, a ja nie chcę być żółta i miękka :D
Mam wiec teraz lat 24. Nie lubię liczb parzystych, lecz ta jest znośna. Pewnie dlatego, że ma tak dużo dzielników, w tym nieparzyste 3:) No i jest wielokrotnością magicznej 4 i 12. 24! To brzmi dumnie ;P

Chciałabym też podziękować wszystkim za życzenia, które sprawiły, że dziś cały dzień uśmiecham się od ucha do ucha. Za te proste i w swojej prostocie tak miłe, oraz za te wymyślone przez Was tylko dla mnie, uwzględniające moje marzenia, pragnienia i sposób życia. Skoro tyle osób życzyło mi szczęścia, to zapewne nie opuści mnie ono przez cały rok nawet na chwilę.

DZIĘKUJĘ!!! :)