piątek, 24 lutego 2012

‎"Leciały gołębie, usiadły na krzaku; jakże cię nie kochać, kiejś śwarny chłopaku."

Z etnologią to mam tak, że długo długo nic, a potem euforia.
Zdecydowanie za mało dane mi było zaznać zajęć o polskiej kulturze ludowej. Nudne, trudne do zrozumienia teksty i kursy o metodologii... bleh! Wciąż mam dreszcze gdy słyszę o poststrukturalizmie czy filozofii kultury.

Tymczasem pod nosem tak radosne, naznaczone romantyzmem cuda etnograficzne:

"Krakowiak jest wzrostu średniego, barczysty, muszkularny, krępy, z piękną, kształtną głową, twarzą owalną o pięknych, łagodnych rysach, oko ma niebieskie, a nos wydatny.Włosy zawsze jasne u dzieci, później ciemnieją, stąd jest tutaj więcej szatynów.
(...)
Krakowiak jest cierpliwy, zdolny i żywy, światlejszy od innych, wyraża się jasno i zrozumiale, lubi muzykę, tańce i śpiew. Śpiewa i przy pracy i przy zabawie i łatwo tworzy okolicznościowe śpiewki.
Kocha swój kraj, jest odważny, a ilekroć wróg zagrażał ojczyźnie, Krakowiak porywał zawsze za broń i bił wroga, znosząc wytrwale wszelkie trudy wojenne.
(...)
Nawet najbogatszy gospodarz w Krakowskiem, który ma własną mąkę, ma pod dostatkiem nabiału, ma drób, wykarmia wieprze, nie brak mu owoców, je codziennie ziemniaki, kaszę, groch kapustę, je to samo, co ubogi wyrobnik, tylko tem różniąc się od niego, że sobie nie żałuje omasty. czasem tylko gospodyni poda mu jako rarytas jajecznicy miseczkę lub kawałek kiełbasy. Nie pochodzi to ze skąpstwa, bo wieśniak zamożny nie żałuje sobie niczego, ale z tego powodu, że baba nie potrafi nic innego, nic lepszego uważyć. A jeżeli nawet gospodyni służyła niegdyś we dworze, na plebanji lub w mieście przy kuchni i nauczyła się lepiej gotować, to na własnem gospodarstwie nie chce jej się (sic!) chodzić koło kuchni, bo dla kogoż, kiedy domownicy przywykli do prostych potraw, nie wymagają niczego więcej, byle tylko było dużo i tłusto."

S. Udziela, "Krakowiacy"

środa, 22 lutego 2012

Danszkában voltam!

Połączenie dwóch rzeczy, które się naprawdę lubi to czysta przyjemność. Jeśli się do nich dołoży trzecią, to szczęście nie zna granic. Nie ma się więc co dziwić, że cieszyłam się bardzo bardzo i szczerzyłam zęby do ludzi, bo przecież: jechałam (1) pociągiem (2) zimą (3) nad morze. 

Moja miłość do podróży pociągami zapewne trwa tylko dlatego, że z usług PKP korzystam niezwykle rzadko, a jak już jadę, to w jakimś miłym celu. Takie 10 godzin spędzone w pociągu to dla mnie relaks. Mam książki, mam muzykę i mam czas tylko dla siebie. Można pomyśleć o wszystkim i o niczym, na co jakoś rzadko mam czas. Oczywiście taka długa podróż jest też na swój sposób męcząca, ale mimo wszystko lubię to.

Morze pokochałam parę lat temu od pierwszego wejrzenia.
Nie lubię leżeć na plaży, nie lubię się opalać i nie umiem pływać. Ale morze mnie zachwyca, Mogę siedzieć i siedzieć wgapiając się w horyzont i słuchając szumu fal. Łazić bez celu wzdłuż brzegu, zostawiać ślady na piasku, które od razu zmywa woda, szukać muszelek i bursztynów. 
Nad morzem można do woli napawać się jodowym, świeżym powietrzem. No i wieje! Czasem mam wrażenie, że silny wiatr porywa mi z głowy zmartwienia i rozjaśnia myśli. Aczkolwiek jedzenia gofrów z bitą śmietaną nad morzem nie polecam, chyba że ktoś lubi sporty ekstremalne- albo wiatr wdmuchuje wam w jedzenie włosy, albo zdmuchuje bitą śmietanę na twarz i ubranie. tru story.

Nie wiedziałam jak to właściwie powinno wyglądać, więc nie miałam w głowie żadnej wcześniejszej wizji zimowej plaży. A jednak zaskoczył mnie ten śnieg i zamarznięta woda z przypływu. Mogłabym codziennie chodzić na spacery brzegiem morza, ale w Krakowie to chyba się nie uda. Szkoda.
Podczas mojej krótkiej wizyty w Gdańsku najbardziej zaskoczyła mnie zamarznięta Motława i panowie rybacy, dla których to nic nowego i spokojnie łowią ryby w przeręblach siedząc na małych (nota bene) rybackich krzesełkach. Nie sadziłam, że przy tak łagodnych zimach coś takiego jest możliwe. Eh, nic nie wiesz Jonie Snow!

Tym razem moja wycieczka na północ nie była jedynie zachwycaniem się cudownością morza i Gdańska, ale nakazano mi spojrzeć na to miejsce nie oczami podjaranego turysty, ale człowieka, który tam mieszka. No i na moim pięknym, idealnym obrazku utworzonym z samych dobrych wspomnień pojawiły się rysy. 
Mewy na przykład. Są urocze, zawsze tak sądziłam i lubiłam ten dźwięk, który wydają. Jednak gdy mewy (a nie gołębie) stają si twoim osiedlowym ptactwem, okazuje się, że są strasznie hałaśliwe i irytujące, do tego takie duże i groźnie rzucające si na resztki jedzenia. Odniosłam też wrażenie, że mewy miały problemy żołądkowe i cierpiały na obstrukcję. No chyba, że one tak normalnie mają- to w sumie jeszcze gorzej.

Gdańskie blokowisko jak miliony innych blokowisk, pod tym względem chyba wszystkie miasta są takie same. Tylko że jakoś ci Gdańszczanie nie bardzo dbają o czystość tego osiedla. Niby ładny, nowy, równy chodnik, ładne latarnie, plac zabaw, pomalowane bloki... No ale czemu wszędzie są jakieś śmieci? Czemu ludzie wyrzucają resztki jedzenia przez balkon? Przecież tak niewiele potrzeba, żeby było czsato i ładnie- worki na śmieci i mały spacer do zsypu.
Fenomenem był dla mnie osiedlowy bar mleczny. czynny całą dobę! i do tego nieustająco pełen klientów. Pewnie dodają do jedzenia coś wzmagające apetyt i zachęcające do przyjścia raz jeszcze, jak w makdonaldzie ;P

Będąc w Gdańsku wybrałam się również do kina. Kino jak kino, film- dramat, publiczność- dramat jeszcze większy. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim, totalny brak jakiejkolwiek ogłady. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo od razu się irytuję. Wstyd mi, że ci młodzi ludzie, bądź co bądź ja również zaliczam się do tego pokolenia, tak się zachowywali. I wkurzam się, bo skutecznie przeszkadzali mi w odbiorze dobrego filmu. Jeden przykład: dzwoni telefon- koleś odbiera i gada, potem esemesuje, potem znowu dzwoni, znowu esemesy i znowu gada.... bo niby po co wyłączać telefon w kinie? Zwłaszcza, że film nudny, miało być o wyuzdaniu i seksie za kasę, a tu jest o nieudanym małżeństwie i tragediach ludzi.

[mam nadzieję, że po prostu miałam pecha trafiając na taką publiczność w kinie i że ani w Gdańsku ani w innych miastach i kinach to nie jest standard]

Niestety pojawiłam się w Gdańsku poza sezonem, więc nikt nie dostanie żadnej kiczowatej, bursztynkowo-muszelkowej pamiątki. Wybaczcie!

I na koniec "pociągowa" piosenka:


wtorek, 14 lutego 2012

w walentynki piję piwo i piszę

Mój Mężczyzna już kupę czasu temu ostrzegł mnie, że nie uznaje czegoś takiego jak Walentynki i mogę zapomnieć o pluszaku i serduszkowych czekoladkach. Cóż, pomyślałam, bywa. Przecież nie każdy musi być romantykiem! A jednak trochę mi dziś żal ścisnął tyłek, gdy siedziałam w pracy i 95% mężczyzn kupowało czekoladki, wino, pluszaki, kwiaty i prezerwatywy. Sielanka :)

Złoszczą mnie ludzie, którzy najeżdżają na to święto, bo wydaje mi się, że trochę przeginają. 
Rozumiem, że nie lubimy komercji i wkurwiają nas wszechobecne serduszka- ale jakoś na Boże Narodzenie nikt tak nie najeżdża, chociaż choinki i last kristmas towarzyszą nam od 2 listopada.
Rozumiem, że Walenty to koleś od psychicznie chorych i z miłością to on miał w pierwotnym zamyśle niewiele wspólnego.
Rozumiem, że jak się kogoś kocha, to nie potrzeba specjalnego święta, by mu o tym powiedzieć i okazać.
Rozumiem w końcu, że jak się nie ma nikogo, to dodupnie się człek czuje w ten dzień, gdy wszyscy maja serduszka w oczach i migdalą się otwarcie. No rozumiem, bo tak smutno mi było w większość przeżytych przeze mnie Walentynek.

NO ALE!

Mam prośbę do wszystkich, którzy dziś złorzeczą na ten wstrętny dzień ,kiedy to ludzie są zmuszani do okazywania sobie romantycznych uczuć: połóżcie rękę na serduchu i powiedzcie, tak mega szczerze, nie kłamiąc ani trochę, że wasza nienawiść do Walentynek jest wieczna, że nawet jak już będziecie radośnie zakochani, w związku z kimś wyjątkowym, to też będziecie przeklinać ten dziań i nie będziecie mieć ani przez sekundę ochoty,aby kupić jedynemu/jedynej pluszowe, kiczowate serducho czy inny uroczy, nieprzydatny badziew.

Walentynki nie są złe, nawet wujek google to wie :) <3

środa, 1 lutego 2012

hu hu ha nasza zima zła

Zimą (jak sama nazwa wskazuje) jest zimno. Zapewne nikt nie lubi marznąć, lecz ja i tak wolę to niż upał. Poza tym jakoś tak ogólnie lubię zimę. Zawsze lubiłam. Pewnie to dlatego, że urodziłam się w samym jej środku (a moi biedni Rodzice mieli problem, jak Małgonię-bobasa przewieźć przez zasypane śniegiem drogi ze szpitala do domu).

Zimą można robić wiele fajnych rzeczy. Można ulepić bałwana, można iść na sanki, albo na huśtawki, bo place zabaw świecą pustkami i nikt nas nie oskarży, że zajmujemy miejsce dzieciakom. I nic tak nie uspokaja jak widok powoli (majestatycznie wręcz) padającego śniegu. Czasem śnieg jest tak drobny i zmarznięty, że wygląda jak padający z nieba brokat. Czy to nie piękne? Zimą cały świat jest zrobiony z brokatu! Nie ma  miejsca na brud i brzydotę.

Obserwuję ostatnio starsze panie, które spotykam na mym pięknym nowohuckim osiedlu. Muszę przyznać, że te wszystkie babcie wyglądają na szczęśliwe i niezmarznięte w swoich długich aż po kostki futrach. Stare czy nowe, sztuczne czy prawdziwe- niezależnie od rodzaju wydają się być świetnym sposobem na doskwierający mróz. A jak się do futra dołączy ogromną włochatą czapę, to już w ogóle jest bosko. Aż chce się zostać taką "futrzastą babcią", której nie straszny ni mróz, ni śnieg, ni zawierucha.

P.S. No dobra, wiem, że nie zawsze zima jest piękna i czasem się przemarznie tak bardzo, że nie ma sił na zachwycanie się śnieżnym krajobrazem. A w miastach zima to często błoto i sól na butach. Ale przecież trzeba zawsze patrzeć na tą dobrą stronę życia, prawda?