Mam hungarystyczny kryzys. Niby nic strasznego, ale niepokojaco długo mi nie przechodzi. Zaczęło się od mojej sromotnaj porażki podczas kampani wrześniowej, kiedy to moja duma ucierpiała, bo nie zdałam najważniejszego egzaminu. Być na filologii węgierskiej i nie zdać węgierskiego, straszne, czyż nie?
Od tamtej pory straciłam wszelki zapał do uczenia się tego jezyka. Jeżeli wcześniej miewałam czasem wątpliwości, czy wybór tego kierunku był słuszny i nie byłam pewna, czy pisana mi jest kariera tłumacza, to teraz jestem przekonana, ze to był błąd i tłumaczem to ja za cholerę nie będę. Aż chce mi się powiedzieć, że to zmarnowane ostatnie dwa lata, lecz pomimo kryzysu mam na tyle rozsądku, by temu zaprzeczyć. Pod wieloma względami to był świetny czas.
Ale kryzys kryzysem pozostaje.Gdy myślę o tym, że jestem na hungarystyce, a jeszcze nigdy nie byłam na Węgrzech (sic!) to czuję się podle. Miałam świetny plan, ze pojadę odwiedzić znajomych, którzy wyjechali na stypendium do Budapesztu, tymczasem oni wracają za niespełna trzy tygodnie, a ja wciąż w Krakowie bez cienia szans na to, by w ciągu tych trzech tygodni wyruszyć na Węgry.
W tym momencie chciałabym skupić się jedynie na pisaniu mojej etno-magisterki i każda chwila poświęcona na naukę węgierskiego jest pod jakimś względem dla mnie chwilą straconą. Wszak w tym czasie mogłam się zagłębiać w teksty o folklorze i wieńcach dożynkowych.
I pomyśleć, że rok temu było całkowicie na odwrót.