piątek, 17 maja 2013

na brzegu zalewu nowohuckiego usiadłam i płakałam, czyli gośka coelho

Moje ostatnie przemyślenia o życiu mają taką mądrość i głębię jak dzieła Paulo Coelho.
Jakby mało było tych myśli "samorodków", pomogłam dziś wzrastać kolejnym czytając stare wpisy w moim pamiętniku. Przeczytałam właściwie wszystko co wylewałam ze swojej głowy na papier przez ostatni rok. Wnioski wyciągnięte z tych wpisów są ogromnie smutne.
Jakoś tak jaśniej niż wcześniej dostrzegłam siebie. Objawiła mi się oczywista oczywistość  Jestem naiwna, łatwowierna,  uczciwa i do tego nie umiem kłamać  Ujmując to krócej- mam w życiu przesrane. Przecież żadna z tych cech nie jest teraz w cenie. Jestem skazana na wieczne obrywanie od innych, wykorzystywanie i zawodzenie się na innych. Nie zmienię się, doskonale o tym wiem. Właściwie te cechy charakteru nawet lubię, tylko dlaczego muszą one nieść ze sobą ciągłe problemy i smutki? Dlaczego ta moja naiwność i łatwowierność działają jak lep na zawodowych kłamców? Przez to cała moja otwartość traci i coraz trudniej uwierzyć mi w jakiekolwiek deklaracje czy obietnice. Tracę wiarę w ludzi, a bez niej ja już nie będę mną.
Najgorsze jednak ze wszystkiego jest to, że przestałam (oby chwilowo, błagam o wszyscy bogowie wszechświata!) wierzyć w to, że ktoś kiedykolwiek mnie pokocha. Nie mówię tu o moich bliskich, o moich przyjaciołach, To chyba oczywiste.
Relacje między kobietami i mężczyznami wydaja się być sprowadzone tylko do cielesności. To dobrze, gdy ludzie są świadomi swoich cielesnych potrzeb, no ale... Ale teraz to wszędzie jest tylko nagie ciało. Cycki, dupa, cycki, penis, dupa, dupa, penis, cycki. Jeśli twój wygląd bardzo daleko odbiega od ideału kreowanego przez media, to nie masz szans na stanie się "dobrą partią". Być może przesadzam, być może tak nie jest (oby!), ale własnie tak to postrzegam. Stad ten mój brak wiary w to, ze ktoś mnie pokocha. Bo jeśli zrobi to przez wzgląd na mój wygląd, to co będzie za 10, 20 czy 50 lat? Może jakiś mężczyzna "pokocha" mnie, lecz gdy urodzę mu dziecko lub zwyczajnie się postarzeję, radośnie odkica w stronę silikonowej osiemnastolatki. Czy zostanie ze mną, gdy zrobią mi się rozstępy, obwiśnie biust a twarz pokryje się zmarszczkami?
Czy nie lepiej od razu zacząć gromadzić swoje stadko kotów, które będą nam dotrzymywać towarzystwa w samotne wieczory, a po śmierci grzecznie wszamają nasze szczątki? Może to lepsza perspektywa niż kolejny zawód i złamane serce?

Cóż, liczę na to, że te posępne myśli wywieje mi z głowy wiosenny wiatr (wystawiam się na przeciągi). A jeśli nie, to może rzeczywiście zostanę drugim Coelho i na pisaniu sentymentalnych, niby natchnionych pierdół o życiu i miłości zacznę zarabiać na życie.



środa, 8 maja 2013

niekumacje/maj

Jeśli ktoś decyduje się na zrzucenie zbędnych kilogramów, to musi nastawić się na ciężką pracę i wyrzeczenia. Nic nie zrobi się samo, więc dieta i ćwiczenia.
Jednak doszłam do wniosku, iż istnieje o wiele skuteczniejszy sposób na zdobycie figury marzeń. Wystarczy mieć złamane serce lub całkowicie w druga stronę- zakochać się. 
W pierwszym przypadku smutek i żal prawdopodobnie będą tak wielkie, że wszelka ochota na jedzenie minie. Po co jeść, skoro nie ma dla kogo żyć? Gdy masz złamane serce wolisz pić niż jeść.
Jedzenie jest jak tortura, którą sami sobie serwujemy, gdzieś tam zachowując resztki rozsądku.
W drugim przypadku nasze ciało będzie tak nafaszerowane hormonami szczęścia, że będziemy żyć powietrzem, a nie kajzerkami. I to jest piękne. To jest wspaniałe, bo oprócz braku potrzeby wpieprzania kebsa za kebsem, jesteśmy cały czas radośni. Świat wydaje się cudowny, problemy jakieś takie mniejsze i wszystko właściwie sprowadza się do spędzenia jeszcze jednej chwili z ukochaną osobą.
Najmniej korzystne dla figury jest bycie w stałym związku  Poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja uczuciowa... Tak, to zdecydowanie nie sprzyja chudnięciu.
Będąc gdzieś między jednym a drugim, bardzo daleko od jakiejkolwiek stabilizacji uczuciowej, czuję się jak wielki, czerwony, podskakujący napis WTF?!? Mogę być za to pewna, że w tym stanie nie grozi mi utycie.

A w Niezasięgowicach pięknie. Jedyne czego się chce, to położyć się na trawie i wąchać bzy.

Ślepa jestem. Oślepiona majem.
Nic nie wiem, prócz, ze pachną bzy.
I ustami tylko poznaję,
żeś to nie ty...