wtorek, 31 sierpnia 2010

Lądując na takim kierunku studiów jak mój, jest się zmuszonym do czytania, najlepiej ze zrozumieniem, sporej liczby mniej lub bardziej naukowych i sensownych tekstów.
No to czytam.
I kurwicy dostaję, bo już sama nie wiem czy to ja jestem taka głupia, że nie potrafię zrozumieć "co autor miał na myśli", czy to autor bełkocze zamiast pisać.
Wnioski do jakich doszłam są niepokojące. Wychodzi na to, że z moją inteligencją i umiejętnością pojmowania jest całkiem nieźle [choć mogłoby być lepiej], to te teksty sa jakieś takie... zagmatwane. Oczywiście nie wszystkie, są tacy badacze/naukowcy/pisarze, nazwijcie ich jak chcecie, którzy potrafią nawet najbardziej dziwaczny pogląd przedstawić ciekawie, zwięźle i zrozumiale. Ale tekst, który miałam nieprzyjemność czytać ostatnio, zirytował mnie strasznie. Jak nic miarą naukowości tekstu, jest stopień jego zagmatwania.
Tak więc nigdy nie zostanę słynnym badaczem, bo choć lubię tworzyć zdania podrzędnie złożone, są one zdecydowanie za krótkie. Poza tym zlekceważyłam sobie rok nauki tego wspaniałego języka, jakim jest lingua latina, nie mogę więc wrzucać to tu to tam łacińskich słówek czy całych wyrażeń [chyba, że in vino veritas gdzieś będzie pasować]. No i nie posiadam słownika synonimów ani słownika wyrazów obcych, więc moje wypowiedzi są zbyt monotonne i zdecydowanie zbyt mało wysiłku włożyłby odbiorca, aby je zrozumieć. Cóż, jakoś się pogodzę z mym losem, może chociaż pisarką zostanę, bo poziom pisarstwa Stefy to chyba mam... Prawda?

Na pocieszenie po tych smutnych wnioskach wrzesień. Jakże ja się cieszę, że to cholerne lato już się kończy! Nie ma to jak jesień i zima! Najlepsze [jak dla mnie] pory roku.
Ale niestety nie jestem tak optymistycznie nastawiona do świata jak rok temu. Wtedy wszystko się świetnie układało: zaczynałam nowe studia, miałam pracę, fajne mieszkanie, masę pomysłów, energii i nadziei. Teraz, hmm... nie jestem pewna, czy nadal będę na tym nowym kierunku studiów, nie mam pracy, nie mam mieszkania, energia mnie raczej nie rozpiera, wolałabym zasiąść w jakiejś knajpianej piwnicy, zapalić papierosa i pogadać z kimś przy piwie, nigdzie się nie spiesząc, niczym nie martwiąc i nic nie planując.

A jesień zapowiada się przecież bardzo ciekawie:
w październiku koncert carrion
w listopadzie koncert normalsów
w grudniu koncert 30stm

Tymczasem na prawie wrześniowe i prawie jesienne nastroje płyta sprzed dziewięciu lat- Brainstorm "Online"

czwartek, 26 sierpnia 2010

Motywem przewodnim moich tegorocznych wakacji są wampiry. W formie łatwo przyswajalnej, głównie serialowej i filmowej.
Już o tym raz pisałam, ale pora moje spostrzeżenia uzupełnić, bo wtedy zaczynałam zaznajamiać się z serialem "Czysta krew" a teraz już dobrnęłam do trzeciego sezonu.
Ogólnie jest ok. Podoba mi się w nim to, że aktorzy nie są piękni i wymuskani, ale wyglądają całkiem przeciętnie, jak na mieszkańców jakiegoś zadupia przystało. Krew się leje często i obficie, jak należy. I nie przypomina soku pomidorowego! A momentami można się nawet trochę pobać. Do tego dużo seksu, alkoholu i obfitych w przekleństwa dialogów. Tak, jest ok.
Wszytko byłoby pięknie, gdyby nie para głównych bohaterów. Heh. Sookie jest głupia i wkurwia tym nieustającym wpieprzaniem się tam, gdzie jej nie chcą. Natomiast jej wampirzy lowerboj Bill jest tak pochmurny i mroczny, ze to aż śmieszne. I jak on wymawia jej imię! Takie świszcząco-szeleszcząco-śliniące SSSSSSSSSUUUUKI. Do tego obydwoje są nieustająco napaleni. Nie nie, ja się nie czepiam tego napalenia, bo jak pisałam wyżej, seksu w serialu jest dużo i wcale nie jest to jego wadą. Ale jak Bill wygrzebał się z ziemi na cmentarzu, cały oblepiony błotem, pociągnął przechodzącą obok Sookie za nogę i niemal ją zgwałcił, a ona się z tego ucieszyła to... heh, przesada.
Jakby tak ta główną parę wyciąć, to na pewno serial podobałby mi się bardziej;)

"Czysta krew" to serial produkowany dla dziewcząt w wieku okołomoim. Dlaczego? Bo zdecydowanie jest tam więcej przystojnych facetów niż ładnych lasek [chociaż kilka naprawdę fajnych się pojawiło]. Hmmm, faceci... Sam, Jason, Eric, Alcide, Tommy, Eggs...
Jak zdążyłam zauważyć, ulubieńcem kobiet oglądających serial jest Eric. Nie jestem oryginalna, tez uważam, że jest przystojny i seksowny. Taki typ faceta, który zrobi sobie naszyjnik z zębów niedźwiedzia, przytacha zabitego mamuta na obiad i spłodzi masę słodkich blond dzieciaczków:D
Wbrew temu co mówiła Marta, nie spodobał mi się Alcide. Znów typ wielkiego mięśniaka. Wystarczy mi jeden, Eric.
Zdecydowanie wolałabym już psychopatycznego Franklina o twarzy przypominającej Kulfona [tego od żaby Moniki, z Ciuchci].
A moim ulubieńcem i tak będzie przeuroczy, chłopięcy Godric, który niestety pojawił się tylko w kilku odcinkach.


A tak w ogóle, jak to oglądam, to upewniam się w moim podejrzeniu, że Stefa odgapiła co istotniejsze motywy z książek o Sookie. Pfff

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

kołk lajw festiwal, dzień 2

Gdy opisywałam wrażenia po koncercie 30stm roznosiła mnie energia. I energia właśnie była tym, co emanowało ze sceny. Koncert ładował baterie, sprawił, że skakałam, tańczyłam i śpiewałam jeszcze długo po jego zakończeniu. Jakby kto mi wymienił zwykłe baterie na djurasel;)
To pokoncertowe nakręcenie było genialne i było mi trochę żal, że tak szybko je stracę, po od dawna oczekiwanym koncercie MUSE. Bo MUSE dał uczucie zupełnie inne.
Tak, wiem, zabrzmi to pusto, sztucznie i beznadziejnie, ale dla mnie musowy koncert to była moc i magia.
Oczywiście chłopcy grali głównie piosenki z ostatniej płyty + jak na festiwal przystało, takie wcześniejsze kawałki, przy których można skakać, drzeć mordę i klaskać:) np. "hysteria", "plug in baby", "new born" "knights of cydonia" czy wreszcie "supermassive black hole". Ciut szkoda, ze nie zagrali jakiegoś bardziej balladowego starocia, coby się w wielgachnym tłumie pobujać i powzruszać.
Moim zdaniem i tak najlepsze były międzypiosenkowe wariacje gitarowe Matta i nie miałabym nic przeciwko, gdyby cały koncert był czysto instrumentalnym popisem możliwości musowych chłopaków. Ale to chyba byłoby już dla mnie za wiele szczęścia na raz;)
Jeżeli chciałoby się coś zarzucić występowi MUSE, to trochę za mały kontakt z publicznością. Z jednej strony, nie musieli się wysilać, bo ta cała masa ludzi bawiła się w najlepsze, nie trzeba ich było zachęcać do intensywniejszego udziału. Poza tym, muzyka broni się sama, mówienie czegokolwiek do publiki wydaje się zbędne. Jednak z drugiej strony rację miała dziewczyna, której wypowiedź gdzieś tam usłyszałam zwijając się z festiwalu: "Jared śpiewał razem z nami". Fakt, zachęcał do tańczenia i śpiewania. Wrażenie było takie, jakby on sam świetnie się bawił podczas występu i jakby chciał, aby ludzie którzy przyszli na koncert bawili się przynajmniej tak dobrze jak on. I zdecydowanie nie mogę się zgodzić z kolesiem, który stwierdził, ze 30stm mieli "przegadany koncert".
Ale cóż, dwa różne zespoły, dwa różne koncerty. I inne uczucia im towarzyszące.
Jedno jest pewne, chętnie zobaczyłabym i jednych i drugich jeszcze raz [lub więcej] na żywo. Na co szansa być może będzie już wkrótce...

sobota, 21 sierpnia 2010

kołk lajw festiwal, dzień 1

Gdy dzieje się coś niesamowitego, strasznie żałuję, że moje zmysły nie są w stanie wszystkiego wychwycić, że moja pamięć jest tak cholernie zawodna.
Na przykład wczorajszy koncert.NAPRAWDĘ NIESAMOWITY. Pod każdym względem, od początku do końca.
Myślałam, że będzie dodupnie a było świetnie. I nawet nie wiem jak to opisać.

Jeżeli twierdziłam, zę nowa płyta jest bardzo dobra, to teraz nie wiem jak mogłabym ją określić, bo brzmienie tych kawałków na żywo jest niedopisania.

Oczywiście większość zagranych piosenek była z najnowszego wydawnictwa 30stm, ale nie zabrakło staroci: "beautyful lie", "attac", akustyczne "from yesterday", "alibi", "the story", które zawsze mnie drażniło, a teraz czuję, jakbym nigdy nie znała właściwie tej piosenki i pod sam koniec półakustyczne "the kill", które, jak łatwo się domyślić, rozruszało nawet największych sztywniaków.
Hah, doczekałam się nawet ulubionego instrumentalnego "equinox" zagranego na gitarze przez Shannona. Doprawdy, mam powody by mdleć i piszczeć na myśl o tym koncercie;)
Jeśli ktoś kiedykolwiek miał okazje posłuchać płyty "this is war" wie, że pojawia się tam wiele fragmentów śpiewanych przez tłum ludzi. I nagle okazało się, że jestem właśnie w tym tłumie, jestem tym ludziem, który śpiewa i krzyczy.
I do tego energia bijąca ze sceny. Chyba jeszcze nigdy nie byłam na koncercie zespołu, którego wokalista byłby aż tak skoczny:D Zaraźliwie skoczny. Że też on się nie bał wskoczyć w tłum piszczących fanek... I że nie bał sie ich wziąć na scenę [biorąc pod uwagę, że prawie rozniosły im sprzęt], zadziwiające...
Jasne, to nic nowego, że artyści zachwalają ze sceny swoją publiczność, ale ujęło mnie za serce to, że np. Jared poprosił ochronę, żeby zostawiła ludzi, którzy trzymają kogoś innego na ramionach, bo przecież nikomu nie dzieje się nic złego. I to, ze rozkręcając publiczność i zachęcając do tańca apelował, żeby pomóc jeśli ktoś się przewróci, aby nikomu nie stała się krzywda. Może to głupie, ale naprawdę to było miłe i hm, rozczulające?
Dwie ostatnie piosenki, "closer to the edge" i "kings and queens" to już totalne szaleństwo.
Słucham teraz ich muzyki i przeżywam na nowo. Skakać chcę, tańczyć chcę, śpiewać chce, krzyczeć!!!

Jedyny dyskomfort jaki czułam na koncercie, to fakt, że nikt z ludzi stojących wokół mnie nie śpiewał, nie skakał i jakoś tak głupio było mi to robić samej... A przecież energia mnie roznosiła. Z drugiej strony w tłumie fanek pod sceną nie chciałabym się znaleźć, oj nie, jeszcze mi życie miłe;)

Wrzucam jeszcze raz najnowszy teledysk 30stm, bo wczoraj było właśnie tak jak jest to tu pokazane. Tak bawiący się ludzie i tak samo skaczący po scenie i po barierkach Jared [bez zadyszki! jak on to cholera robi].

piątek, 20 sierpnia 2010

lalala lalala
wreszcie się doczekałam
lalala

Dziś i jutro Kołk Lajw Festiwal i muzyka, muzyka, muzyka.
Tak naprawdę, to zależy mi tylko na dwóch koncertach.

1) dziś, Shannon, Jared i Tomo czyli 30 seconds to mars




2) jutro, Dom, Matt i Chris czyli MUSE




some people believe in god, i believe in music
some people pray, i turn up the radio

wtorek, 17 sierpnia 2010

devil's lock

Jakoś tak mam, że gdy usłyszę fajną piosenkę, to mam ochotę zobaczyć jej teledysk.
Więc oglądam.
Zwykle zaczyna się od jednego kawałka a kończy dłuuugim siedzeniem na jutubie. Bo przecież muszę zobaczyć inne klipy danego artysty, a potem może jutub sam mi coś podpowie, albo przypomni mi się coś zupełnie innego, co przecież kiedyś chciałam zobaczyć... Jeszcze w międzyczasie zahaczę o jakąś oficjalną stronę, wikipedię albo tekstowo, żeby zgłębić wiedzę i sru!, całe godziny z głowy.

Dziś gdzieś między chrzanem a czosnkiem [do ogórków] przypomniał mi się świetny [moim zdaniem ofkors] teledysk.
Jest to pierwszy singiel z drugiej płyty "love is gone" amerykańskiego zespołu Dommin. Jak głosi wikipedia, panowie grają alternatywnego, gotyckiego rocka i pochodzą z LA. Jest ich czterech a prym wiedzie wokalisto-gitarzysta, Krzychu Dommin [sic!].
Mhrok od chłopaków emanuje że łohoho! na kilometr! Ale poza tym, to warto ich posłuchać, naprawdę fajna płyta, a Krzychu ma ciekawy głos.
Ale ale! Miało być o teledysku. Bo jest on dobry, interesujący, opowiada pewną historię, ma ciekawą pointę i oczywiście jest mhroooczny.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie włosy Krzycha. Czyli jego giga grzywka do połowy policzka zasłaniająca prawe oko. Ufryzowana w niesforne loczki diabelsko się rozwidla od intensywnego machania głową podczas jednego z refrenów.
Poszukałam, poszperałam i wychodzi na to, że taka fryzura to devil's lock i że niby tak ma być. No i owszem, google pokazało mi dożo zdjęć z takim zaczesem, ale tamte wyglądały jakoś atrakcyjniej.

Oceńcie sami. Fajna piosenka, fajnej kapeli + grzywka Krzycha, enjoy:)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

grypa biustu

Odkryłam dziś istnienie nowej, strasznej choroby, zagrażającej zdrowiu wielu kobiet. Hah, to wręcz choroba cywilizacyjna! Jest nią GRYPA BIUSTU.
Pojawiła się zapewne wraz z popularyzacją biustonoszy tupu push-up, do granic możliwości wypełnionych gąbką.
Dlaczego? Oto wyjaśnienie:
Mamy sytuację, gdy jakaś niewiasta, chcąc uwypuklić swe walory zakłada taki wygąbkowany biustonosz i jakimś dziwnym zrządzeniem losu trafia w sam środek ulewy. Ponieważ ani nie ma parasola ani nie ma się gdzie ukryć przed atakującym deszczem, przemaka do suchej nitki. Gdy wreszcie znajduje schronienie, udaje jej się wysuszyć, i ubranie i włosy. Więc niby wszystko gra.
ALE NIE!
Bo czy wysuszyła pokłady stanikowej gąbki? Hę? Założę się, że nie. Pewnie bezmyślnie zignorowała tę gąbczastą , niezbyt narzucającą się wilgoć, nie wiedząc w niej zagrożenia dla swego zdrowia czy dla swej urody.
Tymczasem noszenie niedosuszonego biustonosza grozi grypą biustu właśnie. Aż strach pomyśleć jak to się może skończyć! Gorączka biustu, katar biustu, kichanie biustu, kaszel... ZGROZA!
Ponieważ dopiero dziś olśniło mnie, że ta choroba istnieje, nie zdołałam jej jeszcze na tyle zbadać, by dokładnie opisać objawy, sposoby leczenia czy [nie daj bóg!] konsekwencje zaniedbania.

Apeluję więc do wszystkich! Strzeżcie się!!!
Kobiety, dosuszajcie staniki!
Mężczyźni, zdejmujcie ze swych kobiet biustonosze, wszak to o ich zdrowie chodzi!

piątek, 13 sierpnia 2010

wampir tu, wampir tam, wapmir dobrze zrobi wam

Ostatnimi czasy cały "wampirzy rynek" został zdominowany przez Edka & friends. Więc może trzeba przypominać o tym, że są filmy i książki wykorzystujące motyw wampirów, ale zdecydowanie-nie-edkowe.

Dziś będzie o serialach.

Na pierwszy ogień mój jak na razie ulubiony, czyli Pamiętniki Wampirów [Vampire Diaries]. Główny wątek jest standardowy i oklepany [wampir i nastolatka zakochują się w sobie, ach ach], ale mimo to warto serial zobaczyć. Chyba najważniejszą jego zaletą jest to, że nie jest przesłodzony i ciągle coś się dzieje. I to dzieje się na tyle ciekawie, że nie mogę się doczekać drugiego sezonu;)
Pamiętniki mają jeszcze jeden mocny, bardzo mocny punkt: obsadę. Nie wiem jak oni to zrobili, ale chyba zgarnęli na castingu najprzystojniejszych facetów i najładniejsze laski i juz im do innnych produkcji brakło. Hmmm pewnie chcieli tymi przystojniakami przyciągnąć przed ekrany napalone nastolatki... Hmmm na pewno im się to udało:D Mam wrażenie, że sama cofnęłam się ostatnio w rozwoju i powróciłam do poziomu emocjonalnego trzynastolatki, więc wiem co mówię. Aż ciezko się zdecydować, kto jest ulubieńcem i na czyj widok najgłośniej piszczeć i mdleć. Czy postawić na grzecznego chłopca Stefana, jego złego acz uroczego brata Damona czy też może na seksownego nauczyciela historii Alarica? ach och ech uch!!!
http://www.filmweb.pl/serial/Pami%C4%99tniki+wampir%C3%B3w-2009-502112

Drugi serial, który całkiem niedawno zaczęłam oglądać, to Czysta Krew [Tru Blood]. Zobaczyłam dopiero kilka odcinków, ale wydaje mi się, że jest niezły. Ale może to dlatego mi się podoba, że dużo tam piją, klną i ciągle uprawiają ostry seks? Tak, to pewnie o to chodzi... Taki swojski klimat :D
Para głównych bohaterów to [jak łatwo się domyślić] wampir i zwykłe dziewczę z małego miasteczka, tylko że dziewczę umie czytać w myślach, a wampirzych myśli nie słyszy i ją to kręci. Póki co najciekawsze postaci dla mnie to brat głównej bohaterki, erotoman Jason i jej najlepsza przyjaciółka Tara, istota o bardzo ciętym języku.
http://www.filmweb.pl/serial/Czysta+krew-2008-399264

Zarówno jeden jak i drugi serial są na podstawie książek, które powstały już jakiś czas temu. Może kiedyś uda mi się je przeczytać, bo mimo wszystko nadal przedkładam słowo pisane nad obraz.

Tak się zastanawiam: czy niejaka Stefa M. nie zgapiła motywu z czytaniem w myślach od pani, która napisała Czystą Krew?
Tak, wiem, ogarnęła mnie zmierzchomania. Ale jakoś mi to szczególnie nie przeszkadza, bo mam z tym niezłą zabawę i postanowiłam zostać lokalnym zmierzchoekspertem.
Np. analiza życia erotycznego Belli i Edka sprawiła, że postanowiłam napisać porno-Zmierzch, bo Stefa wszystkie szczegóły pomija, pisze tylko o tym, jak to Bella jest ciagle napalona i nieustająco próbuje przelecieć Edka.
I mamy kolejny problem do rozwiązania. No pomyślcie, jeśli Edek się cały błyszczy, jest zimny i twardy, to znaczy, że jego [nie bójmy sie tego słowa!] penis też taki jest. Więc może trzeba wykazać trochę przedsiębiorczości i zacząć produkować Edko-wibratory? Takie brokatowe.

Btw polecam książkę "Zmrok" Harvarda Lampoona, czyli parodię Zmierzchu. Wszystkie standardowe teksty Stefy przerysowane i wyśmiane, cudo. Przykładowo główny bohater, czyli Edwart, błyszczy się i iskrzy w słońcu, ponieważ... ma koszulę wyszywaną diamencikami.

[seriale do zobaczenia na: http://iitv.info/ ]

sobota, 7 sierpnia 2010

tornado

Dziś przez mój mały, kochany, niezasięgowicki żółty domek z brązowym dachem przeszło tornado. Tornado pod postacią czteroletniej rudej dzieweczki i dwuletniego blond przystojniaka [plus opiekunowie, aczkolwiek ci znaczących szkód nie uczynili]. I nawet już nie mam siły pisać o tym, co tu się działo, wręcz radość mnie ogarnia, gdy pomyślę, że obyło się bez ofiar w ludziach. Cóż, jakiekolwiek kiełkowanie instynktu macierzyńskiego zostało dziś skutecznie zahamowane:]
Mogłabym zanucić hepisedową pieśń "dzień, który zaczął się marnie, marnie skończy się...", co robiłam dziś rano, pełna złych przeczuć, gdyby nie fakt, że jest mi teraz błogo i radośnie. A jest mi tak z powodów wielu:
1) małe diablątka już pojechały
2) burdel za wielki się mimo wszystko nie zrobił, więc nie trzeba za wiele sprzątać
3) rodzice diablątek przywieźli pyszny biały wermut
4) zrobiono rodzinne party ogrodowe, rozpalono grilla, nakarmiono mnie i napojono ww wermutem i tyskaczem
5) było mi dane obserwować dzikie i radosne tańce w wykonaniu mojej czasem wkurwiającej, acz ukochanej rodziny [przekrój wiekowy od 2 do 60]
6) za chwilę sobie zapalę

Ament.

środa, 4 sierpnia 2010

o Edku raz jeszcze...

I wychodzi na to, że znów będzie o Edku Culanie i Zmierzchu.
A wszystko przez to, że szanowna pani autorka tej cudnej sagi jest ogromną fanką MUSE, o czym wspomina przy każdej nadążającej się okazji. Wiec mamy MUSE w podziękowaniach, w dedykacjach i znów w podziękowaniach jako natchnienie do każdej ze scen w książce (sic!). Aż krew człowieka zalewa, jak tak dobra muzyka mogła natchnąć do napisania takiego bełkotu.
Jakby tego było mało, każda z kolejnych części filmu ma na ścieżce dźwiękowej jakiś utwór MUSE. A trzecią nawet promuje specjalnie w tym celu napisany kawałek [nawiasem mówiąc, świetny].
Ale to oczywiście jeszcze nie powód, żeby się wkurwiać. Wkurw się pojawia, gdy siedzę sobie na jutubie i oglądam nagrania z koncertów MUSE, jarając się, że niebawem sama na taki się wybiorę, a w komentarzach ciągle i ciągle Edek i Zmierzch, Zmierzch i Edek. Podobnie na stronach z wrzuconymi tekstami piosenek czy czymkolwiek innym okołomuseowym. To smutne, że całej masie ludzi ten zespół kojarzy się jedynie z Culanem. Tak być nie powinno.
Jasne, oczywiście to dobrze, że chłopcy się wypromują w USA, gdzie do tej pory byli mało znani. Ale kurwa za jaką cenę!
Mimo całej mojej sympatii do Zmierzchu [wynikającą nie wiadomo z czego] nie mogę strawić musemanii wśród edwardofanów.

Na koniec świetna pieśń promująca Zaćmienie stworzona by MUSE, osoby o słabych nerwach powinny zamknąć oczy, bo w teledysku jest Edek i Bella i w ogóle cała reszta:
http://www.youtube.com/watch?v=MTvgnYGu9bg

wtorek, 3 sierpnia 2010

o Edku Culanie

Przeczytałam ostatnio całą sagę Zmierzch i sama nie wiem co mam o tym myśleć.
Wszyscy mówili mi, że to beznadziejna książka i jeszcze bardziej beznadziejny film, ale chciałam się sama o tym przekonać i mam za swoje.
Film rzeczywiście jest okropny, począwszy od smętnej Belli z nieustająco otwartymi ustami a skończywszy na wilkach, które są gorsze niż te w ekranizacji Akademii Pana Kleksa. Właściwie, to nie wiadomo o co w tym filmie chodzi i dlaczego bohaterowie zachowują się tak idiotycznie. Ale mimo to, przyznaje się bez bicia, chętnie zobaczę kolejne części, gdy tylko je nakręcą. Bo ubaw jest po pachy, zwłaszcza, gdy film ogląda się w dobrym towarzystwie;)
A książka... cóż... Na początek poświęciłam chyba pół godziny, żeby wyobrazić sobie Edwarda jako przystojnego, bo niestety ciągle pojawiał mi się przed oczami Patison, który wygląda, jakby go w dzieciństwie bili pokrywką po twarzy. Już nie mówiąc o jego narysowanej w paincie klacie, cholera, przecież miał być wysportowany a nie taki... taki... yh nawet nie wiem jak to określić. W każdym razie wyparcie z głowy Patisona było konieczne, żeby przez cztery tomy przebrnąć w miarę bezboleśnie [inne postaci też poddałam korekcie, ale nie było z nimi aż tak źle jak z Edzikiem].
Niestety muszę przyznać, że przez pierwsze dwa tomy byłam naprawdę "zassana" przez tę książkę. Co ja poradzę na to, że nawet najbardziej smętne, melancholijne i debilne historie miłosne mi się podobają. I dlatego właśnie wydawało mi się, że rozumiem fascynację tych wszystkich fanek, bo to takie urocze low story. Ale na szczęście przyszło opamiętanie;)
W sumie to cieszę się, że na początku nie zwracałam uwagi na styl pisana S. Mayer i że jakoś wymykały mi się debilizmy w tłumaczeniu, dzięki temu przez jakiś czas całkiem miło mi się to czytało. Wystarczy popatrzeć na Szfesterkę, która od samego początku była wyczulona na te smaczki i w bólach przebrnęła przez tom pierwszy.
Podejrzewam, że wypowiedzi postaci w książce są stylizowane tak, żeby wyglądało to na stary, nieobowiązujący już sposób mówienia [Edek ma przecież ok. 100 lat a Bella nie zachowuje się jak normalna nastolatka, ma starą duszę], ale w polskim tłumaczeniu ta stylizacja to totalna klapa. Przykłady: Bella GWARZY ze znajomymi, ma UTYTŁANE błotem dżinsy, PĄSOWIEJE i GRUCHA do Edka, DYSZY i SAPIE jak ją Edek chce całować, przechodząc koło magazynów patrzy na ich ODRZWIA a Edek moi coś o ANNAŁACH. Już nie mówiąc o błędach stylistycznych i gramatycznych. Wygląda to tak, jakby ta książka nie przechodziła przez jakąkolwiek korektę. Cóż, jakoś nie wróżę świetlanej kariery tej pani tłumacz.
Ech, szkoda szkoda... Przecież można było trochę więcej popracować nad tymi postaciami, żeby wampiry rzeczywiście były mądre jak na starców przystało, żeby Bella nie zachowywała się jak skończona idiotka, żeby nie było błędów merytorycznych... No i nie powinno się kończyć aż tak sielankowo i telenowelasto [Edzik najpierw widzi erotyczne myśli Jackoba z Bellą w roli głównej, a potem okazuje się, ze to jednak córka Edka i Belli jest mu pisana, więc sobie żyją wesolutko i wiecznie wszyscy razem, ble!]

Wniosek: Zmierzch jest dodupny i przyznaję to mimo szczerych chęci przekonania się do niego. Gdyby ta cała Mayer napisała to choć trochę lepiej, można by polecać tę książkę jako lekki i przyjemny odstresowywacz, który pozwala odpocząć mózgowi po wysiłku. A tak to mogę jedynie ostrzegać: po czterech tomach czułam się jak zupełnie mózgu pozbawiona.