Dzień lub dwa dni temu było tak:
Siedziałam w akademiku i próbowałam się skupić na wkuwaniu węgierskich słówek, znudzona i zrezygnowana. I nagle, na chwilę, zrobiło się magicznie. Od podmuchu wiatru w pokoju zapachniało akacją, a jakiś sąsiad z góry, siedząc na balkonie zagrał i zaśpiewał tę piosenkę
Brzmiało niesamowicie. Wyszłam na balkon, zamknęłam oczy, słuchałam i rozpływałam się w pomieszaniu romantyczności, czułości i marzeń. Stałam tak nawet gdy przestał grać, znów negatywnie zaskoczona, że ostatnio brak w moim życiu takich chwil.
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy i przez kogo postanowiłam do minimum sprowadzić romantyczną część mnie. A nawet jeśli tę romantyczność w sobie mieć, to jak najmniej ją okazywać.
Nie wiem gdzie to miało swój początek, teraz widzę tylko efekty. Bo podobno trzeba być twardym a nie "miętkim" i snucie marzeń o miłości takiej for ever to the death nie pasuje do tego hasła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz