Nie mam czasu, nie mam siły i nie piszę. Tymczasem wciąż coś się dzieje i narasta we mnie potrzeba grafomańskiego odreagowania. A pisać miałam zacząć jeszcze gdy trwała sesja, czyli jakiś miesiąc temu...
REFLEKSJE SESYJNE
Pierwszy skumulowany atak egzaminów mocno nadszarpnął moją wiarę we własne siły: „Albo osiwieję, albo ocipieję, albo umrę i mi napiszą na grobie, że to przez sesję”.
Żadna z powyższych rzeczy nie zaistniała. Ocipienie nie większe niż zazwyczaj, siwych włosów brak [chociaż i tak jestem niezadowolona, bo moje kudły wystawione na działanie słońca niepokojąco zmieniają barwę na blond] i jak widać- żyję.
REFLEKSJE WAKACYJNE
Sesja zakończona [z mniejszym bądź większym powodzeniem], więc sruuuu!- na wakacje! No ale sory, ja wakacji nie lubię. Chyba nigdy ich nie lubiłam, pewnie dlatego, że zupełnie nie wiążą się dla mnie z odpoczynkiem, a wręcz przeciwnie, ze wzmożoną pracą.
W tym roku bardziej niż zwykle zabolał mnie powrót do domu na te trzy miesiące. Bardziej niż zwykle odczułam skutki mojej słabej woli i uległości i co za tym idzie, bardziej się zezłościłam. Wreszcie do mnie dotarło, że chociaż metryka głosi, że mam lat 24, to pod niektórymi względami wciąż jestem jak gówniara, całkowicie zależna od innych.
REFLEKSJE LETNIE
Nie lubię lata. Nie wiem, jak można lubić lato. Przecież jest za ciepło! Nie można normalnie funkcjonować, wszyscy się pocą i lepią się tym potem. Nie zawsze można wylegiwać się w cieniu. Trzeba iść w prażącym słońcu i padać ze zmęczenia, i dostawać udaru, i usychać z pragnienia. Zimą można się przytulać, bo to daje więcej ciepła. A latem? Nie ma szans na przytulanie, bo to się może skończyć omdleniem z gorąca miłośników tulenia się. Zimą można się cieplej ubrać, ogrzać przy piecu/ogniu/kaloryferze. A latem? Następuje zawsze taki moment, że już nic więcej nie można z siebie zdjąć, no bo co? Nago będziemy po mieście chodzić?
Latem nie czuję się sobą. Oczy pieką od zbyt mocno świecącego słońca, które na dodatek przypala moją skórę zamiast ją opalać. Od upału wciąż jestem zmęczona i chce mi się spać, marzę więc o zapadnięciu w letni sen. Chociaż i tak nie wiem czy to dobry pomysł, bo gdy jest duszno, to śnią mi się tylko meczące sny w stylu „biegnę, biegnę ale nie mogę uciec”.
Byle do jesieni:|
REFLEKSJE WIEJSKIE
Wieś nie jest zła. O ile się na wsi nie mieszka i o ile się nie pracuje „na roli”. Nie znoszę tego, po prostu nie cierpię i tyle. Nic na to nie poradzę. Tyle lat próbuję się jakoś do tego przekonać, jakoś nastawić się pozytywnie i nie wychodzi.
Gdy wstawałam w tym tygodniu ok. 5 rano, żeby jechać w pole [nim zrobi się gorąco i podostajemy wszyscy udaru- taki sprytny pomysł], to zamiast zajebistością [:->] ociekałam czystą nienawiścią.
Najgorsze jest to, że nawet gdy nie ma nic konkretnego do zrobienia, to trzeba być w stanie ciągłej gotowości, kręcić się gdzieś w pobliżu i udawać, że jednak coś tak pożytecznego się robi. uh. Czas prawdziwie wolny jest jakoś tak w okolicach godziny 21. Zupełnie mnie to nie satysfakcjonuje, bo zazwyczaj poza umyciem się i przeczytaniem kilku stron książki nie mam na nic innego siły. A siedzenie do późna [czyli to co lubię najbardziej, bo tylko nocą dobrze mi się czyta/pisze/uczy/robi cokolwiek] odpada, bo przecież trzeba bardzo wcześnie rano wstać. Wylegiwanie się w łóżku do południa? ZAPOMNIJ!
REFLEKSJE MAGISTERSKIE
Utworzyłam nowy folder na mym tośkowym pulpicie. Nazywa się szumnie PRACA MAGISTERSKA. Uważam, że jest to niewielki krok dla człowieka, ale ogromny krok dla ludzkości. Patrzę na niego i czuję, że oto nadszedł czas, by się ogarnąć. Plan mam ambitny, napisać pracę do końca lutego. Teoretycznie powinno się udać, temat wybrałam całkiem niezły, więc pisanie powinno iść gładko i szybko. Ale to tylko teoretycznie, co z tego wyjdzie w praktyce? Łi łil si.
Zadanie na czas najbliższy: ruszyć tyłek i zacząć zbierać materiały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz