Gdy dzieje się coś niesamowitego, strasznie żałuję, że moje zmysły nie są w stanie wszystkiego wychwycić, że moja pamięć jest tak cholernie zawodna.
Na przykład wczorajszy koncert.NAPRAWDĘ NIESAMOWITY. Pod każdym względem, od początku do końca.
Myślałam, że będzie dodupnie a było świetnie. I nawet nie wiem jak to opisać.
Jeżeli twierdziłam, zę nowa płyta jest bardzo dobra, to teraz nie wiem jak mogłabym ją określić, bo brzmienie tych kawałków na żywo jest niedopisania.
Oczywiście większość zagranych piosenek była z najnowszego wydawnictwa 30stm, ale nie zabrakło staroci: "beautyful lie", "attac", akustyczne "from yesterday", "alibi", "the story", które zawsze mnie drażniło, a teraz czuję, jakbym nigdy nie znała właściwie tej piosenki i pod sam koniec półakustyczne "the kill", które, jak łatwo się domyślić, rozruszało nawet największych sztywniaków.
Hah, doczekałam się nawet ulubionego instrumentalnego "equinox" zagranego na gitarze przez Shannona. Doprawdy, mam powody by mdleć i piszczeć na myśl o tym koncercie;)
Jeśli ktoś kiedykolwiek miał okazje posłuchać płyty "this is war" wie, że pojawia się tam wiele fragmentów śpiewanych przez tłum ludzi. I nagle okazało się, że jestem właśnie w tym tłumie, jestem tym ludziem, który śpiewa i krzyczy.
I do tego energia bijąca ze sceny. Chyba jeszcze nigdy nie byłam na koncercie zespołu, którego wokalista byłby aż tak skoczny:D Zaraźliwie skoczny. Że też on się nie bał wskoczyć w tłum piszczących fanek... I że nie bał sie ich wziąć na scenę [biorąc pod uwagę, że prawie rozniosły im sprzęt], zadziwiające...
Jasne, to nic nowego, że artyści zachwalają ze sceny swoją publiczność, ale ujęło mnie za serce to, że np. Jared poprosił ochronę, żeby zostawiła ludzi, którzy trzymają kogoś innego na ramionach, bo przecież nikomu nie dzieje się nic złego. I to, ze rozkręcając publiczność i zachęcając do tańca apelował, żeby pomóc jeśli ktoś się przewróci, aby nikomu nie stała się krzywda. Może to głupie, ale naprawdę to było miłe i hm, rozczulające?
Dwie ostatnie piosenki, "closer to the edge" i "kings and queens" to już totalne szaleństwo.
Słucham teraz ich muzyki i przeżywam na nowo. Skakać chcę, tańczyć chcę, śpiewać chce, krzyczeć!!!
Jedyny dyskomfort jaki czułam na koncercie, to fakt, że nikt z ludzi stojących wokół mnie nie śpiewał, nie skakał i jakoś tak głupio było mi to robić samej... A przecież energia mnie roznosiła. Z drugiej strony w tłumie fanek pod sceną nie chciałabym się znaleźć, oj nie, jeszcze mi życie miłe;)
Wrzucam jeszcze raz najnowszy teledysk 30stm, bo wczoraj było właśnie tak jak jest to tu pokazane. Tak bawiący się ludzie i tak samo skaczący po scenie i po barierkach Jared [bez zadyszki! jak on to cholera robi].
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz