wtorek, 19 października 2010

Nie jest ani dobrze ani źle. Jest gdzieś pomiędzy.
Leżę, siedzę, stoję, idę.
W tym momencie wydaje mi się, że jęczenie nad nieszczęśliwą miłością i pełne rozpaczy wzdychanie do nieosiągalnego ukochanego są lepsze niż to. Przynajmniej coś się wtedy dzieje. Emocje! Emocje!
A teraz czuję się jak na wpół napompowany materac. I przejmuję się i nie przejmuję. I w rzyci mam i nie mam.
Z jednej strony niezwykle się cieszę, że w tym roku wyjątkowo, wbrew mej własnej, cholera wie skąd wziętej tradycji nie poznałam żadnego mężczyzny [czy też chłopca], który stałby sie obiektem moich uczuć. Bo to się zawsze kończyło tak samo. Pierwszy semestr pod znakiem radości, nadziei i złudzeń, szczęśliwy brak skupienia w trakcie sesji. A potem wiosna i olśnienie [gdzieś w międzyczasie zrobienie z siebie totalnej idiotki], wkurw i smutny brak skupienia podczas kolejnej sesji.
A z drugiej strony wcale mi nie jest fajnie. Obojętność i zniechęcenie względem płci przeciwnej tak duże, że aż czasem czuję jak do niektórych moich myśli czy spostrzeżeń krzywię twarz w niesmaku.
Dziwnie.
Pusto.

Wychodzi na to, ze tak źle i tak niedobrze.
Czegoś mi trzeba. Czegoś co mnie nakręci i doda zapału.

I piosenka. Nagle pojawiła się w głowie. No to jest.

2 komentarze:

  1. Kurde, gdzie Ty wynajdujesz te swoje obiekty uczuć? Ja od 4 lat nie byłam zakochana :) No po prostu...no nikt mnie nie rzuca na kolana!

    OdpowiedzUsuń