Zaprawdę powiadam wam: jesień to dobry czas dla muzyki!
Do miasta napływają studenci całymi stadami i zamiast wielkich muzycznych festiwali, gdzieś w krzakach pod gołym niebem, pojawiają się mniejsze koncerty. Które zdecydowanie wolę. I czasem aż żal, ze tyle tego a kasy i czasu na wszystko brak. Zwłaszcza kasy. Aktualnie boleję nad Apocalypticą, heh...
A oprócz tego nagle się okazuje, że nie wiadomo czego słuchać, bo ciągle wydawane są nowe płyty.
I oto przed nami nowe dzieło Kings Of Leon. "Come around sundown". Wprawdzie dopiero jutro pojawi się w sklepach, ale pierwszy singiel już wydany. A w radiu można było posłuchać paru kawałków, w ramach przedpremierowego zapoznawania się z płytą. Póki co podoba mi się. Wystarczy posłuchać przez chwilę i już wiadomo, że to KOL, chociaż mam wrażenie, że ta płyta to coś zupełnie innego niż poprzednia. Jest taka... taka... do słuchania w stanie spokojnej radości i poczucia harmonii. Najlepiej z kubkiem jaśminowej herbaty/kieliszkiem półsłodkiego wina w ręce [jak kto woli, niepotrzebne skreślić]. Podczas gdy słuchając tamtej raczej miało się ochotę skakać [czasem skakać z mostu, patrz: "cold desert", ale jednak skakać].
Ocenię i ustosunkuje się dopiero jak posłucham całości. Tak z pięć razy;)
A teraz tenże pierwszy singiel. I teledysk. Nakręcony w stodole. Więc jakby ktoś chciał sobie podobny nakręcić, to służę stodołami;)
Jeju jeju, jakżeż ja lobię to ich hamełykańskie brzmienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz