Połączenie dwóch rzeczy, które się naprawdę lubi to czysta przyjemność. Jeśli się do nich dołoży trzecią, to szczęście nie zna granic. Nie ma się więc co dziwić, że cieszyłam się bardzo bardzo i szczerzyłam zęby do ludzi, bo przecież: jechałam (1) pociągiem (2) zimą (3) nad morze.
Moja miłość do podróży pociągami zapewne trwa tylko dlatego, że z usług PKP korzystam niezwykle rzadko, a jak już jadę, to w jakimś miłym celu. Takie 10 godzin spędzone w pociągu to dla mnie relaks. Mam książki, mam muzykę i mam czas tylko dla siebie. Można pomyśleć o wszystkim i o niczym, na co jakoś rzadko mam czas. Oczywiście taka długa podróż jest też na swój sposób męcząca, ale mimo wszystko lubię to.
Morze pokochałam parę lat temu od pierwszego wejrzenia.
Nie lubię leżeć na plaży, nie lubię się opalać i nie umiem pływać. Ale morze mnie zachwyca, Mogę siedzieć i siedzieć wgapiając się w horyzont i słuchając szumu fal. Łazić bez celu wzdłuż brzegu, zostawiać ślady na piasku, które od razu zmywa woda, szukać muszelek i bursztynów.
Nad morzem można do woli napawać się jodowym, świeżym powietrzem. No i wieje! Czasem mam wrażenie, że silny wiatr porywa mi z głowy zmartwienia i rozjaśnia myśli. Aczkolwiek jedzenia gofrów z bitą śmietaną nad morzem nie polecam, chyba że ktoś lubi sporty ekstremalne- albo wiatr wdmuchuje wam w jedzenie włosy, albo zdmuchuje bitą śmietanę na twarz i ubranie. tru story.
Nie wiedziałam jak to właściwie powinno wyglądać, więc nie miałam w głowie żadnej wcześniejszej wizji zimowej plaży. A jednak zaskoczył mnie ten śnieg i zamarznięta woda z przypływu. Mogłabym codziennie chodzić na spacery brzegiem morza, ale w Krakowie to chyba się nie uda. Szkoda.
Podczas mojej krótkiej wizyty w Gdańsku najbardziej zaskoczyła mnie zamarznięta Motława i panowie rybacy, dla których to nic nowego i spokojnie łowią ryby w przeręblach siedząc na małych (nota bene) rybackich krzesełkach. Nie sadziłam, że przy tak łagodnych zimach coś takiego jest możliwe. Eh, nic nie wiesz Jonie Snow!
Tym razem moja wycieczka na północ nie była jedynie zachwycaniem się cudownością morza i Gdańska, ale nakazano mi spojrzeć na to miejsce nie oczami podjaranego turysty, ale człowieka, który tam mieszka. No i na moim pięknym, idealnym obrazku utworzonym z samych dobrych wspomnień pojawiły się rysy.
Mewy na przykład. Są urocze, zawsze tak sądziłam i lubiłam ten dźwięk, który wydają. Jednak gdy mewy (a nie gołębie) stają si twoim osiedlowym ptactwem, okazuje się, że są strasznie hałaśliwe i irytujące, do tego takie duże i groźnie rzucające si na resztki jedzenia. Odniosłam też wrażenie, że mewy miały problemy żołądkowe i cierpiały na obstrukcję. No chyba, że one tak normalnie mają- to w sumie jeszcze gorzej.
Gdańskie blokowisko jak miliony innych blokowisk, pod tym względem chyba wszystkie miasta są takie same. Tylko że jakoś ci Gdańszczanie nie bardzo dbają o czystość tego osiedla. Niby ładny, nowy, równy chodnik, ładne latarnie, plac zabaw, pomalowane bloki... No ale czemu wszędzie są jakieś śmieci? Czemu ludzie wyrzucają resztki jedzenia przez balkon? Przecież tak niewiele potrzeba, żeby było czsato i ładnie- worki na śmieci i mały spacer do zsypu.
Fenomenem był dla mnie osiedlowy bar mleczny. czynny całą dobę! i do tego nieustająco pełen klientów. Pewnie dodają do jedzenia coś wzmagające apetyt i zachęcające do przyjścia raz jeszcze, jak w makdonaldzie ;P
Będąc w Gdańsku wybrałam się również do kina. Kino jak kino, film- dramat, publiczność- dramat jeszcze większy. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim, totalny brak jakiejkolwiek ogłady. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo od razu się irytuję. Wstyd mi, że ci młodzi ludzie, bądź co bądź ja również zaliczam się do tego pokolenia, tak się zachowywali. I wkurzam się, bo skutecznie przeszkadzali mi w odbiorze dobrego filmu. Jeden przykład: dzwoni telefon- koleś odbiera i gada, potem esemesuje, potem znowu dzwoni, znowu esemesy i znowu gada.... bo niby po co wyłączać telefon w kinie? Zwłaszcza, że film nudny, miało być o wyuzdaniu i seksie za kasę, a tu jest o nieudanym małżeństwie i tragediach ludzi.
[mam nadzieję, że po prostu miałam pecha trafiając na taką publiczność w kinie i że ani w Gdańsku ani w innych miastach i kinach to nie jest standard]
Niestety pojawiłam się w Gdańsku poza sezonem, więc nikt nie dostanie żadnej kiczowatej, bursztynkowo-muszelkowej pamiątki. Wybaczcie!
I na koniec "pociągowa" piosenka:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz