Jakiś czas temu, całkowicie niespodziewanie pojawiła się okazja, by pierwszy raz spróbować swych sił w roli tłumacza. Podskoczył mi poziom adrenaliny we krwi, podekscytowana wypaliłam dwie fajki i wzięłam tę robotę.
Wszystko wyglądało pięknie i łatwo, bo przecież trzy tygodnie na przygotowanie to bardzo dużo. No ale. Prokrastynacja nie wybiera.
Nadszedł wiec dzień próby i ze stresu wszystkie trzewia mi się skręcały z nerwów. Odwrotu nie było, była natomiast pustka w głowie. Moje przerażenie potęgowało się za każdym razem gdy uświadamiałam sobie, że pierwszy raz w życiu będę musiała sprawnie się komunikować z Węgrami, którzy w ogóle nie znają polskiego. Co więcej- z innych języków to oni znają raczej niemiecki, nie angielski, więc z tej strony też pomocy nie będzie.
Jak to zwykle bywa, niezależnie od wielkości stresu, trzeba wreszcie stawić czoło zadaniu. I chyba całkiem nieźle mi to wyszło:)
Przede wszystkim jestem niezwykle wdzięczna jednej z węgierskich pań nauczycielek, która od samego początku złapała ze mną świetny kontakt, pomagała mi się wysłowić i w mig rozumiała co próbuje wydukać. Czasem wystarczyło jedno, dwa słowa a ona już wiedziała o co chodzi. Podziwiam ją za to.
W ogóle wszyscy moi "podopieczni" z Węgier prędzej czy później zaczynali ze mną swobodnie rozmawiać. Najgorzej szło z dwoma piętnastoletnimi lanserskimi młodzieńcami, ale nie ma się co dziwić. Dla nich jestem już w podeszłym wieku.
Jedynie przez trzy dni byłam tłumaczem, a czuje się jakby to trwało co najmniej miesiąc. Cała ta przygoda była bardzo wyczerpująca zarówno fizycznie (ciągle jakieś wycieczki), jak i umysłowo. Mój mózg zdecydowanie się przepracowywał, nigdy wcześniej nie musiał tak intensywnie myśleć po węgiersku. W pewnym momencie tak mi się wszystko pomieszało, że nawet do Polaków mówiłam kösz i bocs (zamiast dziękuje i przepraszam). To wszystko jednak, cały ten wysiłek, intensywne myślenie po madziarsku itd. przyniosły świetne efekty. Już nie boje się (na pewno nie tak bardzo jak kiedyś) mówić w tym pięknym języku. Robię błędy? Trudno. Kiedyś może przestanę. Ważne, by to co mówię było zrozumiałe (wolę nie myśleć o tym ile razy myliłam osoby w odmianie czasowników- my, wy, oni... to takie trudne).
Uświadomiłam sobie, że na moich studiach uczę się niewłaściwych rzeczy. Co z tego, że znam wszystkie czasy i tryby, że wiem jak zrobić formę potencjalną, imiesłów, przymiotnik odczasownikowy i inne takie tam pierdoły, skoro nie potrafię się swobodnie komunikować. To jest straszne., Zaczynam mówić i mieszam czasy, zapominam o dzierżawczości, bierniku i rekcjach. Teraz totalnie zazdroszczę wszystkim tym, którzy byli, są lub będą na stypendium na Węgrzech. Jeżeli dla mnie tak istotne były trzy dni, to pomyślcie co może dać pół roku.
Właściwie nie wiem co chcę robić z tym węgierskim w moim życiu. Czy chcę tłumaczyć słowo pisane czy mówione, a może w ogóle traktować to tylko jako ciekawostkę w CV? Nie wiem.
Na korzyść tłumaczenia na pewno przemawia fakt, że znając ten tak egzotyczny dla Polaków język, można poczuć się naprawdę kimś ważnym, cenionym i potrzebnym.
Podczas imprezy, na której tłumaczyłam, byli też Słowacy i Czesi. Z nimi można się jakoś dogadać, wszyscy mamy słowiańskie języki i choć się różnią, spokojnie przy odrobinie chęci da się to ogarnąć. Z Węgrami tak się nie da. Dlatego ludzie patrzą na ciebie jak a cud natury. Pani zna węgierski? Ale to taki trudny język!
Ach! Co za uczucie!
Ach! Co za uczucie!
Wszystkim filologom, a szczególnie hungarystom życzę takiego debiutu w tłumaczeniu jak mój. Lepiej być nie mogło:)
cześć, właśnie znalazłam twój blog i to jest pierwsza notatka, którą przeczytałam, bardzo mi się podoba, tym bardziej, że przeżyłam niedawno podobne uczucia związane z tłumaczeniem :) jeśli masz czas, przeczytaj moje doświadczenia :) (http://owarszawiepopolsku.blogspot.com/2012/02/pierwsze-doswiadczenie.html)
OdpowiedzUsuń