Poniedziałek, 10 czerwca 2013. Dzień, który warto zapamiętać. Dzień, w którym byłam na moich ostatnich w życiu zajęciach na uczelni. Aż trudno mi w to uwierzyć. Po siedmiu latach studiowania nadszedł ten dzień. Już nigdy, przenigdy.I bardzo się z tego powodu cieszę.
To oczywiście nie jest tak, że pałam jakąś ogromna niechęcią do studiowania, Jest wręcz przeciwnie. No ale ileż można...
Pamiętam jak po maturze składałam papiery na UJ, Jarałam się. Jarałam się tym strasznie i niezdrowo. Nie mogłam się zdecydować, czy bardziej mnie urzekła hungarystyczna kamienica na Piłsudskiego, czy tonący w zieleni etnologiczny dziedziniec na Gołębiej. Chciałam studiować na Ujocie, to było moje wielkie marzenie. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że marzenie nie tylko się spełni, lecz stanie się to podwójnie.
Na początek padło na etnologię. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że nie był to idealny wybór kierunku, ale... ALE! Najlepsze, najciekawsze, najfajniejsze wspomnienia z mojego życia wiążą się własnie z pierwszymi latami studiów, z etnologią. Rozstałam się z etnologią w październiku zeszłego roku, ale gdy zdarza mi się zawędrować w okolice Instytutu, czuje się, jakbym nadal była etno-studentką. Mogę iść na dziedziniec, usiąść na ławce, zapalić i poczytać książkę. I chociaż pewnie nie spotkam tam już nikogo znajomego (chyba, że będę mieć szczęście i jakiś doktorant się trafi :P), to nadal czuję się tam jak u siebie.
Książki, notatki, ksero... Imprezy integracyjne, Stary Port, Bal Etnologa... Badania terenowe, transkrypcje wywiadów, czasy przed usosem... Hektolitry piwa! Kilka lat temu dużo tańszego, niż teraz;) A do tego wszystkiego, to niedające się opisać uczucie- ja tu jestem, ja tu studiuję, i póki co niczym nie muszę się martwić, wszak jestem studentem, w stanie zawieszenia miedzy dzieciakiem a dorosłym, Tu rządzą inne prawa ;)
A potem, sama nie wiem skąd, jak i dlaczego, pojawił się w mojej głowie pomysł drugiego kierunku. Pomysł nie tylko się pojawił, ale został urzeczywistniony, co nadal mnie dziwi. Pamiętam doskonale, jak razem z koleżanką rozmawiałyśmy (jadąc tramwajem nr. 3 na Krowodrzę) o ludziach studiujących po dwa kierunki. No bo po co im to? Nie wystarczy jeden? Zwariowali? To ludzie, którymi kieruje jakaś chora ambicja.
Dzień dobry. To ja. Dołączyłam do grona osób, których nie rozumiałam i krytykowałam :D
Trochę żałuję, że na hungarystykę nie dostałam się zaraz po maturze. Bo gdy już wylądowałam na tych studiach, to (niestety) nie przeżywałam tak dogłębnie jak na etnologii radości pierwszoroczniaka. Mimo to hungarystyka to kolejne świetne wspomnienia do kolekcji. I to wspinanie się co rano na trzecie piętro... Nie wiem co z tymi schodami jest nie tak, ale nawet wchodząc po nich kilka razy dziennie przez 10 miesięcy, wciąż dostaje się takiej samej zadyszki.
Sentymentalna jestem... Bardzo :)
Po siedmiu latach bycia studentką, w trakcie ostatniej w życiu sesji stwierdzam, że bardziej niż ze zdobytego wykształcenia, cieszę się, że mogłam poznać tak wielu świetnych ludzi i spędzić z nimi tak wiele świetnych chwil.
Nie byłabym sobą, gdybym na koniec posta nie wrzuciła jakiejś muzyki, Wobec tego trochę muzycznych wspomnień z pierwszego roku studiowania.
i oczywiście
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz